Wulkan Piton de la Fournaise

24.2.13 Karolina 4Komentarzy



Niedzielne popołudnie. Wracając z wycieczki, na którą zabrali nas nasi Couchsurferzy, zdałyśmy sobie sprawę, że ciężko będzie nam się dostać autostopem do punktu, z którego chciałyśmy wyruszyć następnego ranka, żeby wdrapać się na krater wulkanu. Pas de Bellecombe, gdzie zarezerwowałyśmy miejsca w schronisku, znajduje się jedynie 60 kilometrów od Grande Anse, ale droga samochodem trwa ponad dwie godziny.

Oprócz schroniska nic tam nie ma, więc dojechać do punktu startowego wycieczek na wulkan można albo własnym samochodem, albo autostopem z ludźmi planującymi podobną wyprawę. Była godzina 17h, a my dopiero wróciliśmy do Grande Anse. Co robimy? Zaczęłyśmy zastanawiać się i rozważać wszystkie możliwości. Stanęło na tym, że zadzwoniłyśmy do schroniska rezygnując z rezerwacji i postanowiłyśmy dostać się do Bourg-Murat – innego miasteczka na drodze do wulkanu, które jest o wiele bliżej Grande Anse. Znalazłyśmy w przewodniku informację, że są tam dwa schroniska, więc z noclegiem nie powinno być problemu (przynajmniej teoretycznie). Yan, znajomy Blandine i Eduarda, który był z nami na popołudniowej wycieczce, zgodził się podwieźć nas do Tampon, skąd dalej miałyśmy dojechać stopem do Bourg-Murat.


Kiedy Yan wysadził nas w Tampon przy drodze w kierunku Bourg-Murat zobaczyłyśmy, że przy pobliskim straganie z owocami stoi jeden z uczestników walk kogutów, którego poznałyśmy poprzedniego dnia. W ręce trzymał nic innego jak koguta, którego właśnie zakupił. Podeszłyśmy do niego i… doznałam olśnienia, bo przypomniało mi się, że mieszka w La Plaine-des-Palmistes (kolejnej miejscowości za celem naszej podróży). Szeroki uśmiech i… kogut wylądował na kolanach swojego właściciela, żeby nasze plecaki mogły zmieścić się w bagażniku. Zajęłyśmy miejsca szczęśliwe, że przed zmrokiem uda nam się dotrzeć na nocleg.


Dojechaliśmy do Bourg-Murat, nasz kierowca-wybawca był tak miły, że zawiózł nas pod samo schronisko. Wysiadamy, wychodzi właścicielka i pyta czego szukamy, po czym mówi, że niestety nie przyjmuje gości. Była 19h, prawie zmrok, mówimy, że wystarczy nam kawałek podłogi, bo mamy materac, śpiwory… Niestety była nieugięta. Wskazała jednak na inne schronisko, znajdujące się niedaleko. Koguci kierowca podwiózł nas tam, lamentując nad naszym losem. Schronisko okazało się 3 gwiazdkowym hotelem, w którym noc w pokoju dwuosobowym kosztuje 50 euro. Byłyśmy we trójkę. Szeroki uśmiech do właścicielki i udało nam się załatwić nocleg w jednym pokoju dla wszystkich trzech, za 50 euro. Dodatkowo okazało się, że w poniedziałek rano jeden z pracowników hotelu jedzie do Pas de Bellecombe i może nas podwieźć. Po raz kolejny okazało się, że mamy więcej szczęścia niż rozumu.

Jaki pokój taka kolacja – prawdziwe luksusy!

W poniedziałkowy poranek zostawiłyśmy nasze plecaki na przechowanie w recepcji hotelu i razem z pracownikiem pojechaliśmy do Pas de Bellecombe gdzie rozpoczyna się szlak.


Najpierw musiałyśmy zejść po kilkuset schodach, żeby potem maszerować po zaschniętej lawie wulkanicznej, a następnie wspinać się do góry, przeskakując po dużych blokach skalnych, ślizgając się na drobnym żwirze, wdrapując na ostre skały. Była piękna pogoda, lawa mieniła się wieloma kolorami – od czarnego jak smoła, przez szary, brązowy, fioletowy, różowy, czerwony, pomarańczowy…

Fot: Nat
Fot: Nat
W końcu, po prawie trzech godzinach marszu wdrapałyśmy się na krater wulkanu Piton de la Fournaise. Góry, ocean i… chmury. Taki widok zastałyśmy na szczycie (2632 m n.p.m.). Do tego mogłyśmy przyjrzeć się jak wygląda środek krateru.

Fot: Nat

Zjadłyśmy obiad w wersji mini i po chwili odpoczynku zaczęłyśmy schodzić w dół. W połowie drogi powrotnej zaczęło padać. Najpierw kropiło, po czym zaczęło lać. Wokół nas kłębiły się gęste białe chmury. Nic nie było widać. Na chwilę wyszło słońce, jednak jak tylko zaczęłyśmy wdrapywać się po schodach, znowu zaczęło lać. Przemoczone do suchej nitki dobiegłyśmy do schroniska.

Fot: Nat
 

Ogrzewając się przy gorącej czekoladzie zagadał do nas pewien pan.
- Rosjanie?
-Nie, gdzieżby, Polki.
-Stephane, Stephane, Twoja szwagierka jest z Polski?!

Od słowa do słowa, poznałyśmy René (byłego zastępcę mera Saint-Denis, byłego dyrektora liceum) i jego znajomych z Francji – grupę pszczelarzy, którzy właśnie byli na wakacjach na Reunionie. Okazało się, że mają trzy miejsca w samochodzie i podwiozą nas do Saint-Denis, żebyśmy dalej mogły łapać stopa do La Saline (kolejnej miejscowości, w której miałyśmy się zatrzymać). 

TAKIM samochodem jeszcze nigdy na stopa nie jechałyśmy ;)

Nasi nowi znajomi zabrali nas na kreolski obiad, potem pojechaliśmy do hotelu odebrać nasze toboły i wyruszyliśmy w drogę powrotną. René i Stephane, którzy nas przygarnęli do swojego samochodu mieli duże poczucie humoru, spędziłyśmy z nimi miło czas, żartując, śmiejąc się do rozpuku, poznając tajniki hodowli pszczół i produkcji mleczka pszczelego. Staliśmy w korkach, jechaliśmy baaaardzo powoli, bo było po południu, godziny szczytu, a że jedna z dróg została uszkodzona przez cyklon, autostrada była permanentnie zakorkowana. Z tego wszystkiego René zdecydował się podwieźć nas pod same drzwi Coline i Bolo, naszych kolejnych gospodarzy… 

4 komentarze:

  1. wulkany sa fajne :) tylko pozniej az za bardzo widac, gdzie sie wedrowalo. moje buty do dzis sa w oplakanym stanie. a jutro zabieram je na dalsza wedrowke, w troche innej czesci swiata. chyba juz ich nie doczyszcze. moje buty sa skazane na krotki zywot. ;) pozdrowienia & powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście moje buty przeżyły tę wyprawę :) Dzięki! Pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. Widoki jak nie z tej ziemi. Zazdroscimy jedzonka i goscinnosci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, nie z tej ziemi, na pewno nie w styczniu ;) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń