La Digue od podszewki

31.3.13 Karolina 3Komentarzy

 
La Digue to czwarta pod względem wielkości wyspa Seszeli. Jak mogliście przeczytać w poprzednim poście, dostałyśmy się na nią statkiem w poniedziałek po południu.
Z portu prosto udałyśmy się do hotelu. Jako, że nasz budżet był ograniczony, znalazłyśmy najtańszy nocleg z możliwych. Wynajęłyśmy pokój u Nadege (chez Nadege). Miejsce to poleciła nam Coline, nasz CouchSurferka z Reunionu, której mąż pochodzi właśnie z La Digue.


Wybrałyśmy najtańszy pokój - 30€ za noc ze śniadaniem. Przed przyjazdem musiałyby wpłacić 30% sumy za nasz nocleg, dzięki czemu mogłyśmy otrzymać potwierdzenie o zakwaterowaniu (które trzeba pokazać na lotnisku). Nasz pokój był przestronny, z łazienką, a w budynku znajdowała się kuchnia z jadalnią. Dzięki temu mogłyśmy przygotowywać posiłki (czyli podgrzać wodę do zupek w proszku, które nam zostały :D). Śniadanie w hotelu było przepyszne. Aż mi ślinka cieknie na myśl, o świeżowyciskanym soku i konfiturach z mango i papai.



Wyspa jest naprawdę mała. Wszyscy znali Bolo (męża Coline), byli zorientowani, że przeprowadził się na Reunion. Poznałyśmy tatę Bola, a także kilku jego znajomych. 
Niedaleko miejsca naszego zakwaterowania znajdowała się piękna plaża, na którą chodziłyśmy na zachody słońca. Zaopatrzone w butelkę kokosowego rumu z Seszeli, sok owocowy, siadałyśmy na piasku i odpływałyśmy podziwiając piękne widoki. Raj naprawdę istnieje?



We wtorek postanowiłyśmy obejść wyspę na piechotę. W ten sposób mogłyśmy zobaczyć wszystkie plaże. Wyruszyłyśmy z portu i pierwszą plażą, na której się zatrzymałyśmy było Anse La Reunion. Następnie brzegiem doszłyśmy do Anse Severe po drodze mijając cmentarz. Kolejno przeszłyśmy przez Anse Patates, Anse Grosse Roche, Anse Banane i Anse Fourmis. 




"Jeśli widziałeś jedną plażę, widziałeś je wszystkie". Coś takiego powiedział Tom(ek) i długo się nad tym zastanawiałam. Rzeczywiście, w czasie naszego tygodniowego pobytu zwiedziłyśmy dziesiątki plaż, zarówno na Mahé, jak i na La Digue. Od powrotu z Seszeli minął miesiąc, a ja przeglądając zdjęcia łapię się na tym, że już nie pamiętam nazw poszczególnych plaż, na których się zatrzymywaliśmy. Każda plaża miała w sobie coś zachwycającego - piękne skały, na których można się było opalać, albo po prostu siedzieć i czerpać przyjemność z chwili wytchnienia. Kolor wody, piasku, palmy, pod którymi rozkładaliśmy nasze ręczniki. Oglądam zdjęcia i ciężko mi sobie przypomnieć gdzie dokładnie była ta, czy tamta plaża (na szczęście mam spisany nazwy i charakterystyczne miejsca w moim dzienniku z podróży!). Pamiętam za to te plaże, z którymi się coś wiąże - wspólne nurkowanie, zachód słońca, wypity kokosowy, lokalny rum, który tak nam zasmakował, że przywiozłyśmy z Marion po butelce do domu...

Fot. Marion





Kiedy doszłyśmy do Anse Fourmis zaczęła się przygoda. Bo droga, którą dotychczas szłyśmy, skończyła się, a my musiałyśmy się przedostać z plaży Anse Caiman do Anse Cocos. Na naszej drodze były skały, po których wspinałyśmy się, podążając za białymi plamami, które ktoś dobrodusznie namalował dla takich szaleńców jak my. Wspinałyśmy się, zeskakiwałyśmy, podciągałyśmy, aż przestałam czuć ręce. Dlatego nie mam z naszej przeprawy żadnych zdjęć. Na szczęście Marion zrobiła kilka ujęć.


Fot. Marion
Fot. Marion
Fot. Marion
Fot. Marion
Fot. Marion
Fot. Marion

W niektórych momentach miałam dość i nie wiedziałam co gorsze - wracać, czy brnąć dalej tymi skałami, nie wiedząc jak długo będziemy tak się wspinały. Zapomniałam dodać, że byłyśmy w kostiumach kąpielowych i sandałach. Na szczęście widoki rekompensowały ten wysiłek. W końcu udało nam się dojść do Anse Cocos, potem kolejno do Petite Anse i Grande Anse. Na tej ostatniej plaży, kiedy chciałam opłukać sobie buty, weszłam do wody. Ocean był trochę wzburzony, ale przy brzegu było w miarę spokojnie. Stałam tak chwilę, a kiedy chciałam się odwrócić, żeby wyjść z wody zaatakowała mnie olbrzymia fala. Przekoziołkowałam pod wodą, nie wiedziałam co się dzieje. Buty popłynęły w jedną, okulary przeciwsłoneczne w drugą stronę, a ja nie wiedziałam co łapać. Złowiłam buty, z okularami się pożegnałam.

Fot. Marion
Fot. Marion

Następnego dnia wynajęłyśmy rowery. Jako, że na wyspie prawie nie ma samochodów (poza kilkoma hotelowymi furgonetkami i luksusowymi limuzynami, którymi wożeni są goście pięciogwiazdkowych hoteli), jazda rowerem to prawdziwa przyjemność. Za dobę zapłaciłyśmy 150 rupii, chociaż byłoby taniej, gdybyśmy przed przyjazdem zarezerwowały dwukołowe pojazdy w naszym hotelu (za 5 euro/dzień). Niestety po przyjeździe już się nie załapałyśmy.
W czwartek rano, jadąc o 4h30 do portu, żeby złapać nasz statek i wrócić na Mahé, zostawiłyśmy rowery pod wypożyczalnią.
Co ciekawe wypożyczając rowery nie dostałyśmy żadnych kłódek, zabezpieczeń. Jak szłyśmy na plażę, rowery zostawiałyśmy wśród kilkudziesięciu innych dwukołowych pojazdów, bez przypięcia.


Inne sposoby przemieszczania się po La Digue: 


Ostatniego popołudnia pojechałyśmy na plażę Anse Source d'Argent, która jest jedną z najbardziej popularnych plaż Seszeli. Aby się tam dostać trzeba zapłacić za wejście do parku, na którego terenie znajduje się plaża (100 rupii). Na terenie rezerwatu można spotkać olbrzymie żółwie.



Na plaży chciałyśmy obejrzeć zachód słońca. Tego dnia jednak niebo było zachmurzone, więc nie mogłyśmy w pełni nacieszyć się tym miejscem. 



Charakterystyczne dla Anse Source d'Argent są wysokie granitowe głazy, które zostały wyrzeźbione przez czas i pogodę. Ocean tutaj jest spokojny, dzięki barierze rafy koralowej. Podobno jest to najpiękniejsza plaża Seszeli.


Fot. Marion
Fot. Marion


Zachodu nie było, ale za to były owoce! Nie mogłyśmy się oprzeć :-)




Pamiętacie, że w Pierwszym rozdaniu wypożyczalni sprzętu u Podróżnickich udało mi się zdobyć kamerę Samsung HMX-QF20? Dzięki wspaniałemu pomysłowi Ani i Jakuba (we współpracy z Samsung Polska) podróżujący mogą wypożyczać (za darmo!) aparaty oraz kamery. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co zrobić, żeby otrzymać taki sprzęt w kolejnym rozdaniu, zajrzyjcie na stronę Podróżnickich.
Dzięki kamerce nakręciłam walki kogutów, a także zmontowałam krótki filmik na pamiątkę naszego pobytu na Seszelach:


3 komentarze:

  1. jak patrzę na te zdjęcia i na to co mamy aktualnie za oknem, to wiadomo co myślę ;) a żołwiki są przekochane!

    OdpowiedzUsuń
  2. przepiękne zdjęcia! tylko pozazdrościć!

    OdpowiedzUsuń