Mahé-La Digue, czyli między wyspami statko-stopem

22.3.13 Karolina 0Komentarzy

Po trzech dniach spędzonych na  Mahé postanowiłyśmy zwiedzić kolejną wyspę Seszeli, czwartą pod względem wielkości - La Digue. Transport między wyspami zapewniony jest albo przez samoloty i helikoptery, albo przez promy pasażerskie. Są jednak tylko dwie firmy proponujące transfer między wyspami drogą morską, mała konkurencja i bardzo wysokie ceny. Przewoźnik Cat Cocos za trasę między Mahé i Praslin życzy sobie 1060 Rupii, co wynosi jakieś 250 zł. W jedna stronę. Co oznacza, że bilet powrotny kosztuje tyle samo plus trzeba się przemieścić między Praslin i La Digue płacąc około 60 zł w jedną stronę.
 
Znalazłyśmy informacje, że statek La Belle Seraphina zajmujący się przewozem Cargo, jeśli ma miejsce na pokładzie, zabiera turystów za jedyne 300 Rupii (75 zł). W prawdzie podróż trwa dłużej (o półtorej godziny), jednak chcąc obniżyć koszty podróży, to wcale nie jest tak długo ;)

W poniedziałek rano udałyśmy się do portu w Victorii, skąd miałyśmy popłynąć statkiem na La Digue. W porcie byłyśmy koło  9h rano i po rozmowie z załogą okazało się, że La Belle Seraphina odpływa dopiero koło południa, więc miałyśmy trochę czasu na odpoczynek w cieniu drzew. W tym czasie do portu podjeżdżały kolejne ciężarówki, a mężczyźni przeładowywali towar z samochodów na statki.


Czas szybko zleciał i przed południem zajęliśmy miejsca na statku, usadawiając się pośród pustaków, wiader z farbą i skrzynek z owocami. Wszystkie te rzeczy transportowane są na La Digue kilka razy w tygodniu.


Fot. Marion
Fot. Marion

Podróż zleciała szybko, bo udało mi się zasnąć i nawet nie zauważyłam kiedy upłynęły ponad trzy godziny rejsu. Kiedy ja spałam załoga statku łowiła ryby, odpoczywała, a stery przejęła Marion.


Fot. Marion
Fot. Marion
Po przypłynięciu na La Digue skierowałyśmy się do informacji turystycznej, żeby dowiedzieć się gdzie jest miejsce, w którym śpimy. Podszedł do nas rastaman, który jak tylko usłyszał, że śpimy u Nadege, krzyknął coś w kierunku kierowcy żółtej furgonetki. Zaraz wyjaśnił, że mamy szczęście, bo to mąż Nadege i może nas zawieźć do hotelu. Z radością wrzuciłyśmy nasze plecaki do samochodu ciesząc się, że szczęście i pozytywne zbiegi okoliczności nas nie opuszczają:)

Fot. Marion

c.d.n... ale zanim... nacieszcie oko takim zachodem słońca, który zobaczyłyśmy pierwszego wieczoru na La Digue :-)

 

0 Ciekawych myśli: