Dzień w dżungli - czyli zielona strona wyspy Penang

18.8.13 Karolina 1Komentarzy

Na wyspę Penang przyjeżdża się ze względu na trzy rzeczy - po pierwsze - jedzenie, po drugie - jedzenie, po trzecie - jedzenie. Malezyjczycy, z którymi rozmawiałam, podkreślali, że to właśnie na Penang są najlepsze w całym kraju potrawy. Poza ucztą dla żołądka można także pozwiedzać - warte zobaczenia jest miasto George Town, w którym kultury Malajska, Hinduska i Chińska przeplatają się na każdym kroku (o tym, co odkryłam w George Town już nie długo). Z kolei zielona strona Penang to ogrody botaniczne, czy najmniejszy w Malezji Park Narodowy.

Drugiego dnia mojego pobytu na Penang postanowiłam pojechać na północno wschodni kraniec wyspy, do Tropical Spice Garden. Ogród położony zaledwie dziesięć minut jazdy autobusem od Batu Ferringhi (morski kurort, w którym się zatrzymałam na CouchSurfingu) przyciąga turystów odwiedzających wyspę. Wstęp do Spice Garden kosztuje 15 MYR. Trochę sporo, jak na niezbyt duży park, ale myślę, że warto tam zajrzeć, chociażby dla zapachów, które można powdychać w czasie spaceru.



Trzy szlaki pozwalają na odkrycie azjatyckich roślin, czy przypraw. W ogrodzie znajduje się także miejsce, w którym odbywają się lekcje gotowania. Spacerowałam po Spice Garden półtorej godziny. Wielka huśtawka, ławki, albo kawiarenka, w której za darmo można spróbować pysznej, naturalnie słodzonej herbaty - w wielu miejscach można było się zatrzymać, żeby odpocząć i pooddychać pięknymi zapachami.




Ze Spice Garden udałam się do Teluk Bahang, gdzie znajduje się wejście do Parku Narodowego (Penang National Park)Po zjedzeniu obiadu i kupieniu biletu na Canopy Walk (spacer kładką zawieszoną 10 metrów nad dżunglą), skierowałam się w głąb lasu. Wejście do Parku jest darmowe. Jedynie za Canopy Walk trzeba zapłacić 5 MYR. Nie mam lęku wysokości, ale za to bujną wyobraźnię, więc przejście Canopy Walk (chociaż mój CouchSurfer uważał, że szału nie robi) było dla mnie nie lada wyzwaniem.


Na terenie rezerwatu, w odległości 3-5 km od wejścia, znajdują się plaże: Tanjung Aling, Teluk Duyung (Monkey Beach), Muka Head, Pantai Kerachut and Teluk Kampi. Dla bardziej leniwych jest możliwość dopłynięcia do plaż wynajętą łódką. Ja postanowiłam dojść na piechotę do Monkey Beach (3,5km), mijając po drodze plażę Tanjung Aling. W drodze spotkałam Francuzów, których jest pełno w Malezji. Po prawie dwóch godzinach marszu, kiedy już wątpiliśmy w to, że kiedykolwiek dojdziemy do celu, naszym oczom ukazała się długa plaża.


Była prawie czwarta po południu, upał dawał się we znaki, a perspektywa kolejnych dwóch godzin drogi powrotnej nie była zbyt zachęcająca. Zwłaszcza, że Park zamykany jest o 18h (po zmroku niebezpiecznie byłoby wracać niezbyt łatwą do przejścia w dzień ścieżką). Francuzi gdzieś zniknęli (nie byli zbyt towarzyscy ;)), a ja udałam się w stronę ludzi zajmujących się łódkami. Nagle podszedł do mnie człowiek o blond włosach i bardzo opalonej skórze. Czy to przefarbowany Malezyjczyk? Okazało się, że Toni jest Finem i od kilku miesięcy mieszka na plaży, pomagając ludziom wynajmującym łódki, skutery wodne czy quady. Zapytałam Toniego, czy jest możliwość powrotu łódką do Teluk Bahang. Jasne, jak dla mnie cena 10 MYR. Super! Toni zapytał czy mi się spieszy (nie) i powiedział, że mam rozgościć się w hamaku (z przyjemnością). Zaczął poznawać mnie ze swoją ekipą - interes należy do Mimi i jego brata Ah Boo, który razem z żoną Jasmine i śliczną córeczką Long Long urzęduje na Monkey Beach już kilkanaście lat. Pomaga im Kevin, etnicznie Chińczyk, urodzony na Penang, pracujący w międzynarodowej firmie cztery miesiące w roku. Pozostały czas spędza na Monkey Beach pomagając swoim przyjaciołom. Inne osoby, najczęściej imigranci z Birmy (Myanmar) pomagają przy przewożeniu turystów łódkami, obsłudze skuterów wodnych i quadów.


Moi nowi znajomi zaprosili mnie na piwo. W między czasie Toni opowiadał o swojej podróży, odkąd 10 lat temu wyprowadził się z Finlandii. Londyn, Indie, Nepal, w końcu Malezja, a w przyszłości Indonezja, Brunei i Filipiny - Toni wciąż szuka idealnego dla siebie miejsca. "So this is how your paradise looks like?" - zapytałam w końcu Toniego. Skinął głową z uśmiechem wpatrując się w otchłań morza.


Czas mijał, starałam się delikatnie przypominać, że przed zmrokiem chciałabym wrócić do Batu Ferringhi. W odpowiedzi słyszałam - "Don't worry about anything, you are lucky girl. We are not bad guys". Dochodziła 18h, na plaży ciągle było dużo ludzi. Kevin zaproponował, żebym wzięła quada i pojechała w głąb dżungli obejrzeć rośliny (stworzyli specjalny szlak, po drodze można podziwiać rożne cuda, a niektóre z roślin występują tylko na tej wyspie). Jako, że quada nigdy nie prowadziłam poprosiłam, żeby Kevin pojechał ze mną. Od razu miałam wycieczkę z przewodnikiem, który wszystko dokładnie mi tłumaczył. W drodze powrotnej z lasu siadłam za kierownicę i nauczyłam się prowadzić quada :) Kolejne piwo, dalsze opowieści, nowe twarze. Była 19h kiedy Kevin, widząc moje zmartwienie (i zwątpienie), że nie uda mi się wyjechać z Monkey Beach, zapewnił, że za chwilę wszyscy, którzy pracują na plaży (poza Tonim i dwójką innych ludzi mieszkających w blaszanej szopie w dżungli) będą wracali motorówką do Teluk Bahang i mogę się z nimi zabrać. Toni wciąż starał się mnie przekonać, żebym została na plaży kolejny dzień, a najlepiej to kilka, a tak w ogóle to mogłabym tam z nimi mieszkać. I nie odmówiłabym, chociaż tych kilku dni, gdyby nie to, że miałam już kupiony bilet na następny dzień na autobus do Kuala Lumpur, gdzie umówiłam się z Wędrownymi Ufalami.

Blaszany domek w dżungli
To co dzisiaj oglądamy? :D

W końcu przed 20h wsiadłam na motorówkę pełną pustych baniaków na benzynę i popłynęliśmy do Teluk Bahang. Jasmine, mama małej Long Long zaprosiła mnie do nich do domu, gdzie bawiąc się z małą dziewczynką czekałam na Kevina i Ah Boo, którzy obiecali odwieźć mnie do Batu Ferringhi jadąc do George Town. Mała Long Long nie chciała mi pozwolić odjechać, więc usadowiła się w samochodzie i pojechała z nami :) Odwieźli mnie pod sam blok mojego CouchSurfera, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby podziękować im za wspaniałą gościnę, jaką mnie obsarzyli tego dnia. "It was your lucky day!". Tak, to był wspaniały dzień, a ja jestem wielką szczęściarą :) Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy :)


Więcej zdjęć z wyjazdu do Azji znajdziecie na profilu Ethno-passion na Picassie :))

1 komentarz:

  1. Zapraszam po odbiór Liebster Award i odpowiedź na pytania :)

    http://rodzynkisultanskie.blogspot.com/2013/08/turecki-na-wtorek-odpowiedzi-na-pytania.html

    P.S. Nie mogę oderwać oczu od zdjęć :)

    OdpowiedzUsuń