Autostopem na wyspę Tioman

11.9.13 Karolina 3Komentarzy


Od kilku dni jestem na Filipinach, gdzie dzięki Marion, mojej przyjaciółce z liceum z Francji, odkrywam życie Filipińczyków od podszewki. Czas nadrobić zaległości na blogu. W najbliższym czasie zapraszam was do śledzenia przygód związanych z wycieczką na wyspę Tioman. Jak się tam dostaliśmy? Czy Malezyjczycy w ogóle znają autostop? Co się kryje w wodach Morza Południowochińskiego? Czy raj naprawdę istnieje? Zapraszam do czytania :)


Summer Academy miała skończyć się 30 sierpnia, a ja bilet z Singapuru do Manili miałam kupiony dopiero na siódmego września. Wiedziałam, że powinnam kierować się na południe, jednak spędzenie całego tygodnia w Singapurze nie byłoby zbyt dobre dla mojego portfela. Po kilku rozmowach z Kristel z Estonii, która też miała kilka dni do zagospodarowania, postanowiłyśmy pojechać na wyspę Tioman. Położona 330 kilometrów na południowy-wschód od Kuala Lumpur, wydawała się idealnym miejscem na odpoczynek po męczącym seminarium. Do naszej dwójki dołączyli jeszcze: Veronika z Czech i Jacob z Niemiec. Dziewczyny miały w planach drugiego września wrócić do KL i Singapuru na samolot, a my z Jacobem chcieliśmy zostać jeden dzień dłużej na wyspie i po drodze do Singapuru zahaczyć o Johor Bahru.


Po kilku naradach zdecydowaliśmy, że do Mersing, skąd odpływają promy na Tioman, dojedziemy autostopem. Veronika miała spotkać się z nami na miejscu (urwała się wcześniej z SA i pojechała zwiedzić Singapur), więc została nas trójka. Po tym, z jaką łatwością łapaliśmy stopa (albo stop nas łapał) w Bangi i Putrajaya, doszliśmy do wniosku, że równie dobrze powinno być w całej Malezji. W sobotę rano, po bardzo krótkiej nocy, spakowaliśmy nasze toboły i ustawiliśmy się na skrzyżowaniu niedaleko akademików. Pierwszy kierowca, który się zatrzymał od razu zapytał gdzie nas podwieźć. Poprosiliśmy o podrzucenie do wjazdu na autostradę. Kierowca zgodził się, jednak po drodze kilka razy upewniał się, że właśnie tam chcemy jechać i nie mógł zrozumieć dlaczego.

"Kierowca: O której odjeżdża wasz autobus?
My: jedziemy autostopem.
K: Ale macie już bilety? 
My: Ale nie jedziemy autobusem. Prosimy ludzi, żeby nas zabierali jeśli mają miejsce i jadą w podobnym kierunku."

I w ten sposób przebiegała konwersacja z tym i kolejnymi podwozicielami. 
Pierwszy kierowca zostawił nas przy wjeździe na autostradę. Znaleźliśmy cień i przez jakieś dwadzieścia minut czekaliśmy na kolejny samochód. W końcu ktoś się zatrzymał i zabrał nas jakieś 150km na południe. Nasz podwoziciel jechał z Kuala Lumpur do Melaki, odwiedzić swoją żonę, nauczycielkę. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Kierowca kupił nam napoje i... gumy do żucia :D

Wysadzeni przy kolejnych bramkach przy wjeździe na autostradę wyciągnęliśmy w górę kciuki i tabliczkę z napisem Johor Bahru. Po chwili zatrzymał się pick-up. W środku trzy osoby, nas trójka, do tego plecaki - ciężko mi było sobie wyobrazić jak mamy się zmieścić. Kristel i Jacob z bagażami usiedli na pace, a ja siedząc w środku i patrząc, jak prędkościomierz przekracza 160(!) km/h modliłam się, żeby nic im się nie stało.

Fot.: Kristel
Dojechaliśmy (w całości) do Keluang, gdzie dalej chcieliśmy łapać stopa, ale wszyscy nam tego odradzali. Wskazywali na dworzec autobusowy, gdzie okazało się, że najbliższy autobus, w którym są jeszcze wolne miejsca, odjeżdża o 20:45. Nasz prom odpływał o 17h, więc nie mogliśmy czekać, musieliśmy autostopem dostać się do Mersing. Kciuki w górę i znowu pierwszy samochód zatrzymany. Kierowca z wielkim uśmiechem na twarzy mówi, że mamy wskakiwać i chwali się, że sam jeździł autostopem po Nowej Zelandii. Podobnie jak inni ludzie stwierdził, że dojechać stopem do naszego celu będzie ciężko, bo mało samochodów jeździ w tym kierunku. Nie podwiózł nas zbyt daleko, bo na światłach zauważył podmiejski autobus jadący do Mersing. W prawdzie droga tym rozlatującym się pojazdem zabrała prawie 2 godziny, ale zdążyliśmy na prom.


Po przyjeździe do Mersing kupiliśmy bilety na statek (70MYR w dwie strony od osoby) i udaliśmy się do portu. Po odprawie okazało się, że mamy zapłacić jeszcze po 5MYR od osoby za ochronę natury na wyspie. Mieliśmy jeszcze kilka minut przed odpłynięciem ("malaysian time"), od rana nic nie jedliśmy, więc pobiegłam i złowiłam coś w stylu hamburgerów. Kiedy człowiek jest głodny wszystko mu smakuje ;-)


Załadowaliśmy się na prom i... zasnęliśmy. Po dwóch godzinach ujrzeliśmy brzeg wyspy Tioman. Statek zatrzymywał się w różnych wioskach, my postanowiliśmy wysiąść w Ayer Batang/ABC, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Wybierając hotel/hostel chciałam sprawdzić w Internecie miejsca polecone w Lonley Planet. Niestety tylko nieliczne hostele miały strony internetowe. W końcu zdecydowaliśmy się na Johans' Resort. Za czteroosobowy pokój z łazienką zapłaciliśmy 80MYR (czyli 20MYR od osoby). Na stronie właściciele opisali jak dostać się z miejsca, w którym wysiądziemy z promu, do ich hostelu. Wskazówki były bardzo precyzyjne: z mostu w lewo, jeden kilometr prosto. Przypomniało mi to kreolskie poczucie czasu i przestrzeni ("skręć za trzecim bananowcem w prawo"). Trafiliśmy, zostawiliśmy rzeczy w pokoju i zrobiliśmy to, o czym od dawna marzyliśmy: ubraliśmy kostiumy kąpielowe, pobiegliśmy na plażę i wskoczyliśmy do wody. Było ciemno, mogliśmy zobaczyć miliardy gwiazd (niestety w Kuala Lumpur dostrzeżenie czegokolwiek na niebie graniczy z cudem) i wsłuchać się w szum morza....

3 komentarze:

  1. Karolinko, opisujesz tak sugestywnie, że czuję się, jakby podróżowała tam z Wami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachwycające są Twoje zdjęcia :) Ja również uwielbiam podróże. I to wszelakie: bliskie wypady w Polsce za miasto, nawet na kilka godzin, byle gdzieś się ruszyć :) oraz dalsze i dłuższe :)
    Etnologia, hmm sama też ten kierunek skończyłam :) Super studia :)

    Pozdrawiam ciepło z Hiszpanii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :) Dzięki wielkie za miłe słowa! Powodzenia w pięknej Hiszpanii! Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń