Wpisy

An experience that changed my life



28 listopada 2008 roku. Pomarańczowa walizka wypchana do granic możliwości ląduje w samochodzie. Rodzice, bardziej zestresowani niż ja, zawożą mnie na lotnisko do Krakowa. Niepewność i ekscytacja - te dwa skrajne uczucia będą towarzyszyć mi przez dwa miesiące. W tym roku mija pięć lat odkąd wyjechałam do Francji na wymianę organizowaną przez AFS...

Wyjazd ten zmienił moje życie i wybory, które podejmowałam po powrocie z dwumiesięcznej wymiany, spowodowały, że teraz znajduję się w tym, a nie innym miejscu. Jaka będzie moja rodzina goszcząca, czy znajdę znajomych w liceum, jak ja przeżyje Boże Narodzenie z dala od domu?!



Pierwszy dzień szkoły w Auxerre, gdzie spędziłam moją wymianę. Do dzisiaj pamiętam to bicie serca kiedy mój tata goszczący zaprowadzał mnie w poniedziałek rano do mojego liceum. Odebraliśmy podręczniki z biblioteki i pani sekretarka zaprowadziła mnie do sali, w której miałam poczekać do rozpoczęcia moich lekcji. W sali były trzy osoby. Weszłam, przedstawiłam się i podałam każdemu rękę na przywitanie. Potem jeszcze długo moi znajomi wspominali to jako gafę z mojej strony, no bo przecież we Francji nie podaje się ręki, tylko daje każdemu bisous (buzi buzi). Jak już się sobie przedstawiliśmy, moi nowi znajomi przeszli do pytań - skąd jestem, co tutaj robię. Mój francuski był wtedy kulawy, ale z pomocą przyszła mapa Polski, którą ze sobą wszędzie nosiłam. Wyciągnęłam i rozłożyłam dość sporą mapę na stole, w ten sposób prowadząc edukację moich francuskich znajomych w zakresie geografii. Rozwiałam ich wątpliwości dotyczące tego, czy graniczymy z Rosją (w pewnym sensie tak), mówimy po niemiecku (nie), jesteśmy w Unii Europejskiej (od czterech lat; był 2008 rok), mamy € (jeszcze nie), jakie morze nas (!) otacza (żadne, ale mamy dostęp do Bałtyku), mam w domu dostęp do elektryczności (tak), a po ulicach nie chodzą niedźwiedzie polarne (zdarza się :D). Pamiętam, że pytania te doprowadzały mnie do śmiechu, ale im dłużej żyłam we Francji tym bardziej uświadamiałam sobie, że nie można wiedzieć wszystkiego. Poza tym znacznie istotniejsze jest to, jakie wino pasuje do danego posiłku, czy szczegółowa wiedza o pochodzeniu śmierdzących serów i temperaturze, w której należy je przygotowywać.

Dzisiaj jestem w Belgii, na European Citizenship Trimester Programme Camp - spotkaniu dla uczniów kończących trzymiesięczną wymianę w ramach programu ECTP. Pozwala mi to wrócić wspomnieniami do mojej przygody. Więcej o tym, co tutaj się dzieje możecie przeczytać w zeszłorocznej relacji z seminarium.

Ostatnio rozmawiałam w Paryżu z koleżanką ze studiów, która przez cztery lata mieszkała w Kolumbii. Dyskutowałyśmy o różnicach kulturowych, o tym, co takie dłuższe pobyty w innym kraju nam dają. Coline przytoczyła bardzo ciekawe porównanie, którym się z Wami chcę podzielić. 

Świat, jak wszyscy wiemy, to okrągła kula ziemska. My także mamy wokół siebie takie kule, mniejsze i większe. Kiedy dorastamy, poznajemy świat, małe kule zanikają, przechodzimy do większych. Nie do końca pamiętam moment, w którym uświadomiłam sobie, że jest coś więcej poza moim małym Cieszynem. Życie w mieście na granicy ma to do siebie, że "zagranica" jest na wyciągnięcie ręki nadając temu co inne i obce trochę inny wymiar. Ale była ciocia i kuzynka mieszkające "w Ameryce", która jest przecież tak daleko i trzeba być dużym, żeby tam pojechać. No ale przecież do Słowacji, Niemiec, czy nawet Włoch i Francji aż tak daleko nie było. Więc były wyjazdy z rodzicami, przysłuchiwanie się dziwnie brzmiącym językom i chęć nauki chociaż prostych wyrażeń, żeby móc się dogadać w czasie pobytu w innym kraju.

Pamiętam jednak moment, w którym świat nabrał innych wymiarów. Tego dnia, właśnie wspomnianego 28 listopada pięć lat temu, kilkadziesiąt osób z rożnych krajów z całego świata czekało na rozpoczęcie wymiany we Francji. Argentyna, Paragwaj, Kostaryka, Gwatemala, RPA, Nowa Zelandia, Japonia, Australia, Hong Kong. Te kraje przestały być dla mnie tylko konturami na mapie świata. Nagle okazało się, że z uczniami z tych odległych państw więcej nas łączy, niż dzieli. Jedną z tych rzeczy był język francuski, którym do dzisiaj się posługujemy rozmawiając czasem na Facebooku, czy na żywo, np. wtedy, kiedy rok temu Anahi z Paragwaju odwiedziła mnie w Pradze (o czym pisałam tutaj).

Po wymianie był kolejny wyjazd do Francji, podróże. Teraz dzięki wolontariatowi w AFS odkrywam inne zakątki Europy i świata. Nagle okazuje się, że świat jest na wyciągnięcie ręki, a odwiedzenie znajomych w poszczególnych krajach, na rożnych kontynentach to kolejne marzenie, które staram się powoli spełniać. Właśnie zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. No bo jak tu pojechać do Ameryki południowej bez znajomości tego języka? :))


2 komentarze:

  1. Jak czytałem te pytania, które Tobie zadawali dotyczące miejsca zamieszkania - uśmiałem się do łez :D Bardzo CI zazdroszczę takiej wymiany. Jak ją ogólnie oceniasz? Czy takie wymiany naprawdę mają duże znaczenie (oczywiście pozytywne) na naszą przyszłość?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, że takie wymiany mają znaczenie i wpływ na naszą przyszłość, chociaż myślę, że to, jak wykorzystamy daną nam szansę, zależy od nas. Bo jest wiele osób, które wracają z wymiany i o niej zapominają (chociaż nawet jeśli byli bardzo oporni, to i tak wierzę, że coś im dał taki wyjazd).

      Usuń