Inspiracje kulinarne: Singapur

19.2.14 Karolina 5Komentarzy

Odgrzebując zdjęcia z Singapuru przypomniałam sobie jakie pyszności tam próbowałam. I chociaż dwudniowy pobyt w Mieście Lwa nie dorównał pod względem kulinarnym miesiącowi spędzonemu w Malezji, to i tak byłam bardzo zadowolona :) 
Kuchnia singapurska, podobnie jak malezyjska jest mieszanką tradycji kulinarnych różnych grup etnicznych (m. in. Chińczyków,  Hindusów i Malajów). Zobaczcie czego można spróbować w Little India i w China Town. Mnie na samą myśl o tych pysznościach ślinka cieknie!



W Little India, poza hinduskimi świątyniami, można znaleźć wiele restauracji z pysznym jedzeniem. My zatrzymaliśmy się w Tekka Centre, czyli popularnym hawker centre - miejscu pełnym straganów z jedzeniem, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Takie miejsca otwarte są od rana do późnego wieczora, największy ruch panuje jednak w porze obiadowej. W porównaniu do Malezji ceny były trochę wyższe, jednak myślałam, że będzie gorzej. Za posiłek płaciliśmy średnio SG$4-7.


Po obejrzeniu tego, co można zjeść zdecydowałam się na roti john. Ta malajska kanapka składa się z mięsa (ja wybrałam kurczaka), cebuli, jajek, sosu chili i pomidorów. Do tego teh tarik, czyli czarna, indyjska herbata z mlekiem skondensowanym. Jej nazwa wywodzi się z procesu przelewania napoju podczas przygotowań. Upodobałam ją sobie już w Malezji i tak mi zasmakowała, że wypijałam kilka szklanek dziennie ;)


Ostatniego wieczoru naszego pobytu w Singapurze udaliśmy się do restauracji Zam Zam, położonej niedaleko naszego hostelu. Zachwalana w Lonley Planet, działa nieprzerwanie od 1908 roku. Seline, moja koleżanka z Singapuru też napisała mi, że koniecznie muszę się tam wybrać i miała rację. Na dwóh poziomach restauracji, pomimo późnej pory (przyszliśmy tam koło 22h) było dużo ludzi i z trudem znaleźliśmy wolny stolik. Spróbowaliśmy specjał lokalu czyli murtabak. Jeden, dość spory naleśnik był nadziewany kurczakiem, a drugi wołowiną. Delikatne ciasto maczane w świetnie przyprawionym sosie. Mmmmmmm...


W czasie spaceru po China Town zgłodnieliśmy, więc zatrzymaliśmy się w kolejnym hawker centre, tym razem z chińskimi specjałami. Podobnie jak w Little India ciężko było nam się zdecydować i wybrać to, na co mielibyśmy ochotę. Do naszego stolika przysiedli się Stephanie i Kenneth - młode małżeństwo, pracujące nieopodal. Rozmawialiśmy o ich podróży po Europie, pracy w międzynarodowej firmie, a także o tym, co powinniśmy zobaczyć w tej dzielnicy. Po obiedzie odprowadziliśmy ich do miejsca, w którym pracują, a kiedy po drodze się rozpadało, nasi nowi znajomi zaproponowali, że pożyczą nam swoje parasole ;) Z tej miłej propozycji nie skorzystaliśmy, bo przed nami było jeszcze całe popołudnie chodzenia i obawialiśmy się, że nie zdążylibyśmy im ich oddać.


Na kolację w China Town wybraliśmy się do Ci Yan Organic Vegetarian Health Food. Chociaż jadam mięso, to bardzo lubię kuchnię wegetariańską. W Ci Yan na czarnej tablicy rozpisane było dzienne menu po chińsku i angielsku. Starszy gospodarz wraz ze swoją żoną obsługiwał klientów, a dzięki temu, że do wyboru goście mają tylko kilka potraw, jak tylko zajęliśmy miejsca, posiłek pojawił się na stole. Tym razem zdecydowaliśmy się na ryżową paellę oraz ciemny ryż z warzywami.


Po pysznej kolacji przyszedł czas na deser. Kiedy spacerowaliśmy po China Town co chwilę mijaliśmy otwarte sklepy-mini-fabryki, w których przygotowywane są Mooncake'y. Ciasteczka księżycowe to tradycyjne chińskie ciastka przygotowywane na Święto Środka Jesieni.


My zatrzymaliśmy się w piekarni Tong Heng. Chociaż Mooncake'y wyglądały baaardzo kusząco, to jednak cena trochę odstraszała (ponad SG$10 za małe ciastko). Spróbowałam za to innego specjału tej piekarni - tarty jajecznej. Kruchy spód i rozpuszczające się w ustach jajeczne nadzienie - już teraz wiem, dlaczego Tong Heng jest znane w całej okolicy ;)


Na koniec pyszny deser i orzeźwiający napój w jednym, czyli świeżo wyciskany sok z egzotycznych owoców. Ten moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że sok świeżo wyciskany jest tańszy od takiego w kartonie - bezcenny :) Przez cały pobyt w Azji wypiłam hektolitry takich owocowych miksów. Mango, banany, ananasy, liczi, marakuje - to wszystko, w różnych kombinacjach, lekko zmrożone, dające dużo kolorowej energii! :)

5 komentarzy:

  1. jaki zbieg okoliczności! dzisiaj i ja się rozpisałam o Singapurze!
    pyszności u Ciebie na talerzu, zjadłabym też ...
    pamiętam, że mieli niesamowicie dużo przeróżnych deserów, od których nie mogłam oderwać wzroku
    z pozdrowieniami, El

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mów, bo aż zaczynam tęsknić! :)

      Usuń
  2. Jedzenie w Singapurze było pyszne :) Najbardziej lubiłam obiadki w Little India :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń