Deszcz, wichura i Great Ocean Road

4.9.14 Karolina 1Komentarzy

Miałyby być nieziemskie widoki podziwiane w czasie jazdy (podobno) najbardziej malowniczą drogą w Australii. Jednak pogoda, w przedostatnią niedzielę australijskiej zimy, postanowiła nas nie rozpieszczać. Kiedy ruszałyśmy rano z okolic Geelong, było jeszcze całkiem znośnie, niestety z każdą godziną robiło się coraz bardziej pochmurno, a kiedy w końcu dojechałyśmy do Dwunastu Apostołów - największej atrakcji Great Ocean Road - dopadła nas straszna wichura i deszcz....



The Great Ocean Road jest uwielbianą przez turystów trasą wzdłuż południowego wybrzeża stanu Victoria, ciągnącą się na ponad 200 kilometrów. 200 kilometrów zakrętów, pięknych widoków i dzikiej przyrody. Planowałyśmy przejechać odcinek wynoszący ponad 150 km, ciągnący się od Torquay do Port Campbell. Na początek zatrzymałyśmy się w  Aireys Inlet, żeby obejrzeć Split Point Lighthouse. Ta bardzo malownicza latarnia morska położona jest na wzgórzu, z którego roztacza się piękny widok na okolicę. Dookoła znajduje się kilka domów i to, co ich mieszkańcy widzą z dużych okien, na pewno zapiera dech w piersiach :)


Odcinek, który miałyśmy przejechać w niedzielę, chociaż krótki, rozciągnął się na cały dzień, przede wszystkim ze względu na pogodę i krętą, i śliską, przez padający deszcz, drogę. Zatrzymywałyśmy się jak się przejaśniało, wypatrując w morzu wieloryby i surferów, którzy pomimo nie najlepszej pogody, oddają się swojemu ulubionemu sportowi.

Tęcza, tęcza, cza cza cza :)

Na Dwunastu Apostołów cieszyłam się najbardziej, bo na zdjęciach, które obejrzałam przed wyjazdem, miejsce to wyglądało niesamowicie. The Twelve Apostles są naturalnymi, wapiennymi kolumnami, które stoją dumnie na morzu w okolicach miasteczka Port Campbell. Widać po nich w jaki sposób natura, poprzez erozję, wyrzeźbiła ich różne kształty. W 2005 i 2009 roku dwie kolumny, podmywane ciągle przez wodę morską, uległy zawaleniu, a obecnie liczba Apostołów wynosi siedem. Zanim tym pięknym naturalnym formacjom nadano obecną nazwę, określano je Maciora i świnki (The sow and piglets) :D Uznano jednak, że nie jest to nazwa wystarczająco majestatyczna i postanowioną ją zmienić (całkiem słusznie, chociaż pierwsza nazwa była całkiem dowcipna ;)).


Kiedy zbliżałyśmy się do Port Campbell było już późne popołudnie. Wysiadając z samochodu, żeby pójść na spacer do punktu widokowego, z którego można podziwiać Apostołów, poczułyśmy zimny wiatr, który wiał od strony morza. Jednak nie zapowiadał on tego, co czekało nas przy brzegu. Siła, z jaką wiał wiatr była tak wielka, że usiłując stać w jednym miejscu musiałam się trzymać barierki, żeby utrzymać pion. Starałam się zrobić kilka zdjęć, ale większość była albo poruszona, albo nieostra. Jeszcze nigdy podmuch wiatru tak mną nie miotał! Dodając do tego deszcz, który zaczął padać, otrzymujemy wręcz idealną pogodę na podziwianie tego miejsca...

1 komentarz:

  1. Oj wiało :-)
    Potem jeszcze w Sydney dopadla nas wichura, moge zatem z pełna odpowiedzialnoscia powiedziec, ze wiaterek w kieleckim to delikatne muśniëcie

    OdpowiedzUsuń