Wpisy

Trzy miesiące na drugim końcu świata


To już! Już za chwilę! Dokładnie za dwa tygodnie wyląduję na Nowej Kaledonii! Ekscytacja miesza się ze zdenerwowaniem, z jednej strony odliczam dni do wyjazdu, z drugiej, staram się rozciągnąć do granic możliwości czas przed wyruszeniem w drogę. Mam klasyczne objawy rajzefiber (reisefieber), czyli stanu zdenerwowania przed podróżą (który świetnie opisała u siebie Pojechana). Gdzie lecę? Właściwie to po co? Dlaczego sama? Czy się boję? Jak się przygotowuję do wyjazdu? Zapraszam do czytania :)



Kiedy w wakacje 2014 roku przygotowywałam się do pierwszego wyjazdu na Nową Kaledonię, nie do końca wiedziałam, o co chodzi mojemu promotorowi, który powiedział, żebym uważała, bo kaledoński świat uzależnia. Zrozumiałam, o co mu chodzi opuszczając Wyspę Choinek w październiku 2014 roku. Żegnałam się z moją rodziną goszczącą, która otoczyła mnie wspaniałą opieką, wierząc w to, że jeszcze się spotkamy. Nie wiedziałam kiedy, bo dzieli nas 17 000 kilometrów i bilet na samolot kosztujący ponad 7 tysięcy zł. Jednak, jak przewidział mój promotor, uzależniłam się i kiedy wróciłam do Europy cały czas rozmyślałam co zrobić, żeby wrócić na Pacyfik.


W czerwcu skończyłam studia i musiałam zacząć myśleć "co dalej", "jak żyć". Studiowałam etnologię, kierunek będący dla wielu osób synonimem bezrobocia. Na szczęście nie myślę takimi kategoriami, bo od zawsze uważałam, że ważne jest, żeby robić to, co się lubi i że jak bardzo czegoś będę chciała, o czymś marzyła, to w końcu uda mi się to osiągnąć. Wystarczy pozytywne myślenie, działania, które zbliżają nas do celu i dobrzy ludzie, których spotykamy na naszej drodze.

Dochodząc do wniosku, że jeszcze nie chcę iść do pracy na cały etat, postanowiłam rozpocząć studia doktoranckie, co z jednej strony pozwala mi dalej żyć w studenckiej "nibylandii" (ze wszystkimi jej plusami i minusami), z drugiej strony przygotowywanie rozprawy doktorskiej daje mi szansę na poszerzanie wiedzy z zakresu, który mnie interesuje. Dodatkowo, zdobycie kontraktu doktoranckiego we Francji, poza finansową niezależnością i związanym z tym komfortem, dało mi kopa do działania i nowe możliwości.


Tak więc, dzięki stypendium na wyjazd "w teren", ruszam na Południowy Pacyfik. Już za dwa tygodnie wracam na "moją" wyspę, w miejsce, które dobrze znam, ale które wciąż kryje przede mną wiele tajemnic. Wracam do mojej rodziny goszczącej, z którą przez minione półtora roku byłam w kontakcie. Podróż zapowiada się długa (i pewnie męcząca). Noc w Dubaju, potem doba w Brisbane, żeby w końcu wylądować w Numei, stolicy archipelagu Nowej Kaledonii. Kilkudniowy przystanek u przyjaciół mojego promotora i dalej na Wyspę Choinek. Spędzę tam Święto Ignama, Wielkanoc, moje 24 urodziny. W kwietniu czeka mnie przeprowadzka na inną wyspę - Grande Terre - do wioski Bourail, która jest drugim miejscem wybranym przeze mnie do badań.


Badania. Słowo klucz. Główny cel mojego wyjazdu. No ale na czym właściwie polegają te moje "badania terenowe"? Przede wszystkim na niekończących się rozmowach z respondentami i na uważnej obserwacji. Dziesiątki spotkań, litry wypitej kawy (takiej z termosu, z mlekiem w proszku (tfu!), której przez grzeczność nie mogę odmówić), godziny wywiadów i obserwacji, poszukiwanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Ciągłe dziwienie się, zachwycanie, zastanawianie, uczenie się. Hm, chyba mam pracę marzeń, co? :)


Co mnie interesuje? Rozwój turystyki na wyspach Nowej Kaledonii (w dwóch miejscówkach - czyli w Bourail i na Ile des Pins) i to, co z sobą niesie. Chciałabym zająć się analizą relacji społeczno-kulturowych, politycznych i ekonomicznych związanych z działalnością turystyczną i wszystkim tym, co dzieje się "za kulisami" przemysłu turystycznego. Wiem, że nie będzie łatwo, bo kwestie, które mnie interesują, często dotyczą konfliktów plemiennych, przemocy, także tej symbolicznej. O tym, jak bardzo fascynujący, a zarazem przerażający jest mikrokosmos na Wyspie Choinek, pisałam w tekście Raju przeklęty. Chociaż teraz wiem, czego mogę się spodziewać na miejscu, jestem też pewna, że wiele rzeczy mnie zaskoczy. No ale czym, jeśli nie ciągłym zdziwieniem, są badania terenowe?


Jadę sama. Tak, samiusieńka. No ale przecież znam ludzi na miejscu. Mam moją rodzinę goszczącą, przyjaciół mojego promotora, znajomych, których poznałam w 2014 roku. I chociaż podróżować wolę w duecie, to na badania zdecydowanie wolę jechać sama. Będę miała czas na przemyślenia, będę żyła lokalnym rytmem, zgodnie z l'heure kanak, bez pośpiechu i planowania. "Sama" jednak nie oznacza "w samotności", bo Kanakowie zatroszczą się, żebym czuła się u nich jak najlepiej.


Odkąd dostałam wiadomość o otrzymaniu kasy na wyjazd, odważniej zaczęłam przyznawać się do tego, że wyruszam na drugi koniec świata. No i zaczęło się. "Nie boisz się?, "Tak sama lecisz? No ale przecież tam jest niebezpiecznie", "Taka samiusieńka? Tak daleko?", itp., itd... Jasne, że się boję. Odległości, tych trzech miesięcy daleko od rodziców. Denerwuję się przygotowaniami i czekającą mnie podróżą. Jednak to normalne, inaczej istniałaby obawa, że nie mam uczuć ;) Drodzy moi, zamiast pytać się, czy się boję, zapytajcie, co mnie ekscytuje i co chciałabym tam robić (poza zbieraniem materiału badawczego) :))

Zdj. Z miłości do ludowości

Przygotowania do wyjazdu nabierają rozpędu. Bilety kupione, teraz przyszedł czas na załatwienie wizy do Australii (w drodze powrotnej też planuję spędzić kilka dni w Brisbane. A wiecie kto mieszka w Brisbane? Julka! Mam nadzieję, że w końcu uda nam się spotkać :)). Przez ostatnie dni kompletowałam też prezenty, które zabieram ze sobą i które będę wręczać wykonując tzw. gest zwyczajowy. Czym on jest? Gest zwyczajowy wykonuje się zawsze, jak przychodzi się z wizytą, aby wyrazić respekt, szacunek i podziękować za gościnę. Tradycyjnie powinno dawać się kawałek materiału, pieniądze (np. banknot 1 000 franków), ignamy i tytoń. Ja jednak robię geste à la Polonaise, wręczając różne suweniry z Polski. W kompletowaniu prezentów pomogła mi moja przyjaciółka Ania, która robi takie cuda, jak serwetki na zdjęciu. Jeśli też chcielibyście sprawić sobie różne cuda z ludowymi motywami, zajrzyjcie na fanpage Z miłości do ludowości. W moim plecaku znajdzie się ponad 20 serwetek, a także ręcznie malowane torby, podstawki pod kubki, tamborki z żywieckimi motywami, cieszyńskie akwarele i...magnesiki (kto zna mojego Tatę, ten wie, że ma hopla na punkcie magnesów, z przeceny oczywiście :D). 

Na Nowej Kaledonii jest teraz lato, więc musiałam zaopatrzyć się w sandały (co zimą wcale nie jest takie proste ;)). Nie biorę zbyt wielu ubrań, bo w moim domku jest pralka. Śpiwór zastąpię bawełnianym workiem i dużym szalem (który pozwoli mi przeżyć i nie zamarznąć w drodze na lotnisko). W Cieszynie od wczoraj jest biało, więc coś mi się wydaje, że przeżyję szok termiczny!


Wracam do załatwiania wyjazdowych formalności i do pakowania, bo przed wyjazdem mam jeszcze dwie misje do spełnienia (jedną w Warszawie, a drugą w...Gryfinie). Trzymajcie kciuki, żeby rajzefiber pozwalało mi spać i nie trzepało mną z niepokoju. Obiecuję, że odwdzięczę się pięknymi widokami z drugiego końca świata :)

10 komentarzy:

  1. Ale fajnie! z przyjemnością czytałam Twoje ostatnie historie z tego miejsca, z niecierpliwością czekam na kolejne. Cudowności!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę i czekam na relację!:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam, mój komentarz nie koniecznie dotyczy tego postu. Proszę Cię o komentarz w sprawie wyjazdu do Grecji ( samej Grecji, bądź wysp Kos, Korfu, Kreta, Rodos) na wakacje. Czy, aby jest to według Ciebie bezpieczne miejsce, w internecie dwoi się i troi od komentarzy w sumie jeszcze z roku 2015 o ich "przesiadywaniu" w kurortach, które nie koniecznie jest bezpieczne. Czy faktycznie tak jest?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatni raz w Grecji byłam w 2007 roku, więc niestety nie mam najświeższych informacji z tego kraju i z wysp, na które docierają imigranci (pisząc "ich" właśnie pewnie migrantów masz na myśli). Nie wiem jak bardzo niebezpieczne może być "ich przesiadywanie", zapewne nie bardziej niż przesiadywanie polskich migrantów w Londynie czy Paryżu :)

      Usuń
  4. Niesamowite widoki:-) Czekam na kolejny wpis:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ohh, zazdroszczę! Ile bym dała, żeby się tam znaleźć. Szczególnie teraz, gdy w Polsce jest wietrznie i lodowato ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No!!! Sama przeżyłam mały szok termiczny!

      Usuń
  6. Ale widoki! Zazdroszczę! W szczególności, że w Polsce zimno i szaro:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że w końcu dotrą do Polski promienie słońca, które stąd wysyłam! :)

      Usuń