Jesienny road trip po Nowej Zelandii

12.6.17 Karolina 2Komentarzy


Minęły już ponad dwa tygodnie od mojego powrotu z Nowej Zelandii, więc najwyższy czas podzielić się z Wami wrażeniami z podróży po Kraju Długiej Białej Chmury. W dzisiejszym wpisie przygotowałam fotograficzną relację z naszego jesiennego road tripu, a w następnym artykule zamieszczę wszystkie informacje praktyczne, które - mam nadzieję - ułatwią przygotowania do wyjazdu kolejnym osobom wybierającym się na drugą półkulę :)

Naszą podróż rozpoczęłyśmy i zakończyłyśmy w Auckland, gdzie bezpośrednio można dolecieć z Nowej Kaledonii. Po spędzeniu jednej nocy w tym największym mieście Nowej Zelandii, we wtorkowy poranek wyruszyłyśmy zgrabnym Jucy na południe. Naszym pierwszym przystankiem była Matamata i słynny Hobbiton.

Hobbiton Movie Set - czyli miejsce, które pojawiło się zarówno we Władcy Pierścieni, jak i w Hobbicie, to nowozelandzkie must see. Turystyczny boom w tym kraju jest właśnie efektem kinowego sukcesu, jaki odniosły filmy nowozelandzkiego reżysera Petera Jacksona. Pozwólcie, że na spacer po tej magicznej krainie zabiorę Was w osobnym wpisie (klik)!

Z Matamaty udałyśmy się prosto do Rotoruy - jednego z najpopularniejszych wśród turystów miast Północnej Wyspy NZ. Wszystko ze względu na ośrodki kultury i wioski Maorysów, które w nim się znajdują. Rotorua to także nowozelandzka stolica zjawisk geotermalnych (w okolicy unosi się charakterystyczny zapach siarkowodoru). Zatrzymałyśmy się na spacer w Kuirau Park, znajdującym się w samym centru miasta. Niestety tak lało, że po dotarciu do pierwszego jeziorka wypełnionego gorącym, bulgoczącym błotkiem, z którego unosiła się para, zawróciłyśmy do samochodu i ruszyłyśmy dalej na południe, podziwianie zjawisk geotermalnych zostawiając na drogę powrotną.

W drodze nad jezioro Taupo zatrzymałyśmy się nad Huka Falls. Akurat przestało lać i jak na zamówienie się rozchmurzyło. Mogłyśmy - tuż przed zachodem słońca - podziwiać ten 11-metrowy wodospad. Podobno jest to najczęściej odwiedzana i fotografowana przyrodnicza atrakcja w Nowej Zelandii. I nie ma się czemu dziwić! Całkowita objętość wody przepływającej przez Huka Falls wynosi 220 000 litrów na sekundę. Wypełnienie wodą z tego wodospadu jednego basenu olimpijskiego zajęłoby tylko 11 sekund! W okolicach Hukka Falls znajduje się dużo tras spacerowych, a także platformy widokowe. To wszystko dostępne jest za darmo.

Drugą noc naszego road tripu spędziłyśmy nad jeziorem Taupo, w miejscowości o tej samej nazwie. Namiary na hostele, w których nocowałyśmy, a także na bary/restauracje, które odwiedziłyśmy, znajdziecie w artykule z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi podróży po NZ (już niedługo na blogu!).

Taupo jest największym jeziorem Oceanii i położone jest w centrum Północnej Wyspy. Jezioro znajduje się w kalderze superwulkanu, którego ostatnia eksplozja miała miejsce ponad 26 tysięcy lat temu! Relaksując się nad jeziorem podziwiałyśmy ośnieżone szczyty gór Waikato.

Jako że czas nas gonił, bo w piątek miałam spotkanie na Uniwersytecie Wiktorii w Wellington, w czwartek pokonałyśmy trasę z Taupo do stolicy, po drodze zatrzymując się tylko na szybki obiad. Droga była długa i nużąca, chociaż wypełniona pięknymi krajobrazami. Na dodatek nie obyło się bez dodatkowych przygód. Jakąś godzinę od stolicy w przednią szybę naszego samochodu uderzył kamień, który spadł z jadącej z naprzeciwka ciężarówki. W szybie zrobiło się kilkunastocentymetrowe pęknięcie, przez co z duszą na ramieniu jechałam do celu, na który obrałyśmy wypożyczalnię Jucy. Dotarłyśmy do niej tuż przed zamknięciem, w związku z czym samochód mogłyśmy wymienić dopiero następnego dnia po południu. Tak też zrobiłyśmy. Korzystając z tego, że byłyśmy w pobliżu Mount Victoria, wjechałyśmy (a potem weszłyśmy) na samą górę, na punkt widokowy, z którego podziwiałyśmy pięknie położone nad morzem miasto.

Piątek spędziłyśmy przede wszystkim na Uniwersytecie. Spotkałam się z profesorem - historykiem, który zajmuje się od wielu lat Nową Kaledonią. Pokazał mi bibliotekę uniwersytecką, w której spędziłam sobotni poranek, a także restaurację na terenie campusu, do której nie mają wstępu studenci studiów licencjackich ;) Spacerując po campusie podeszłyśmy z Mamą do Wharenui - tradycyjnego domu spotkań, wykorzystywanego przez maoryskich studentów i pracowników Uniwersytetu Wiktorii.

Dwa dni w Wellington to stanowczo za mało (zwłaszcza, jeśli większość czasu spędza się na uczelni i w bibliotece). Spacer po centrum dał nam jednak wyobrażenie tego, jak wygląda życie w tym położonym na wzgórzach mieście. I tak, jak po odwiedzeniu australijskich Sydney, Brisbane czy Melbourne miałam ochotę, żeby tam chociaż przez chwilę pomieszkać (np. na stażu naukowym, który planuję pod koniec doktoratu), tak do Wellington (ani zresztą do Auckland) nie zapałałam wielką miłością.

Powrót na północ również nie obył się bez niespodzianek. Początkowo miałyśmy w planie odwiedzenie miasteczka Napier na wschodnim wybrzeżu, gdzie chciałyśmy złapać trochę słońca (w Wellington było równie zimno, jak w Polsce jesienią!). Po drodze okazało się, że główna droga, prowadząca na wschód, została zamknięta. Szybko podjęłyśmy decyzję powrotu do Taupo, gdzie bardzo nam się spodobało. Niestety nad jezioro także musiałyśmy jechać objazdem, bowiem ze względu na opady śniegu (!) zamknięto prowadzącą przez góry State Highway. Późnym wieczorem umęczone dojechałyśmy Taupo, gdzie w przefajnym hostelu Finns Global Backpackers trzymano dla nas dwa łóżka. Byłyśmy tak padnięte, że w zaśnięciu nie przeszkodziła mi ani strasznie głośna muzyka wydobywająca się z dyskoteki pod hostelem, ani obecność pięciu facetów w moim dormie. Następnego dnia przeniosłyśmy się do dwójki, a wieczorne atrakcje muzyczne ustały. Postanowiłyśmy więc zatrzymać się w Taupo na dwa dni, żeby wymoczyć się w źródłach termalnych i odpocząć przed powrotem do Wellington.

Z Taupo odskoczyłyśmy do Wai-O-Tapu Thermal Wonderland, w którym codziennie o 10h30 można oglądać wybuchający gejzer, a także można wybrać się na ponad godzinny spacer po pięknym parku, na terenie którego jest mnóstwo parujących i bulgoczących jezior i jeziorek o różnych kolorach. Wstęp do parku kosztuje $32.50. Droga z Taupo do Wai-O-Tapu wiedzie wzdłuż parujących źródeł, dlatego w jedną stronę przez cały czas jechałyśmy w mlecznych oparach.

We wtorek rano ruszyłyśmy z powrotem do Auckland. Zatrzymałyśmy się na krótki spacer w Redwoods (Whakarewarewa Forest), nieopodal miasta Rotorua. Jest to las olbrzymich sekwoi, po którym można spacerować do woli. Jest tam wiele wytyczonych szlaków, zarówno pieszych, jak i rowerowych, my zdecydowałyśmy się na ten najkrótszy, bo niestety musiałyśmy na czas dojechać do Auckland i oddać samochód. W lesie, równie duże wrażenie jak wielkie drzewa, robią pomysłowo zaprojektowane toalety :D

Ostatnie dwa dni przed powrotem (Mamy do Polski, moim na Nową Kaledonię) spędziłyśmy w Auckland - spacerując po mieście, robiąc ostatnie zakupy, a także... korzystając z biblioteki uniwersyteckiej (to chyba już takie nasze zboczenie zawodowe, które uaktywnia się zwłaszcza, jeśli książki są w wolnym dostępie ;)).

10 dni w Nowej Zelandii minęło w oka mgnieniu. Kiedy planowałam naszą podróż, nie zdawałam sobie sprawy, że pokonanie niemal 1500 kilometrów w tydzień będzie takie męczące. Na szczęście zmęczenie jazdą wynagradzały piękne widoki! I to właśnie dla widoków i tej naturalnej strony chciałabym jeszcze kiedyś wrócić na nowozelandzkie wyspy! I może lepiej wiosną, albo latem, bo jesienna pogoda dała nam mocno w kość! Cieszę się jednak, że wykorzystałam okazję i będąc tak blisko miałam możliwość chociaż trochę poznać ten kraj. Na więcej przyjdzie jeszcze czas!

2 komentarze:

  1. Pyszne widoki w tej Nowej Zelandii!
    I potwierdzam, Ty to masz faktycznie #doktoratmarzeń :D

    OdpowiedzUsuń