Zapiski z Nowej Kaledonii - maj i czerwiec

7.7.17 Karolina 1Komentarzy


Co u mnie w maju i czerwcu? Podróżniczo, turystycznie, na pewno intensywnie! Od północy kaledońskiego archipelagu, przez Wyspy Lojalności, położoną na południu Ile des Pins, aż po Nową Zelandię. Samochodem, łódką, samolotem. W tradycyjnej chacie i w całkiem zwyczajnym domku. Z ludźmi. Tak – w wielki skrócie – minęły mi dwa ostatnie miesiące. Tylko gdzie w tym wszystkim moja praca? Gdzie moje badania? No i jakie mam plany na najbliższe tygodnie? Zapraszam do czytania!

Maj upłynął mi pod znakiem odwiedzin Mamy. Spędziłyśmy razem czas, zwiedzając wyspy archipelagu. Pojechałyśmy na północno-wschodnie wybrzeże Nowej Kaledonii, które zachwyca bujną roślinnością i mniejszym zurbanizowaniem, niż zachodnia i południowa część Grande Terre. Spędziłyśmy kilka dni na wysepce Taanlo, a także na Wyspie Mare, gdzie wzięłyśmy udział w Święcie Awokado! Na koniec kaledońskiego pobytu Mamy poleciałyśmy na Ile des Pins, doświadczając "uroków" cyklonu (trzy dni siedzenia w domu, grania w Dixit i Scrabble też ma swoje plusy). Mama uczyła się robić nic, a ja planowałam nasz road trip po Nowej Zelandii.

W połowie maja ruszyłyśmy do Kraju Długiej Białej Chmury. Relację z jesiennego road tripu po Wyspie Północnej, znajdziecie tutaj. Przygotowałam również dla Was bardzo praktyczny post, w którym zebrałam wszystkie informacje, które mogą Wam się przydać, jeśli sami będziecie organizować podróż na Antypody (klik).

Powrót na Nową Kaledonią był jednocześnie powrotem do intensywnej pracy badawczej. Chociaż słowo "intensywny" jest sprzeczne z rytmem wyspiarskiego życia. Ostatni miesiąc był więc nauką tego, że nie na wszystko mam wpływ, że jeśli jakieś spotkanie nie dochodzi do skutku (po raz kolejny...), to nie mogę z tego powodu się załamywać. Bo któregoś dnia w końcu się uda. Bo wciąż mam przed sobą pół roku. Bo to, że ktoś się ze mną umawia w plemieniu oddalonym pół godziny od wioski, w której mieszkam, po czym nie przychodzi na spotkanie, to naprawdę nic nadzwyczajnego. Bo tutaj tak po prostu jest...

Wyzwaniami, którym stawiam czoła w czasie badań terenowych, postanowiłam dzielić się z Wami w ramach nowego cyklu: "Etnolog w terenie". Zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych artykułów:


Czerwiec był także miesiącem próbowania nowych rzeczy. Wszystko za sprawą akcji W czerwcu zrób #cośnowego!, którą zorganizowaliśmy razem z Tomkiem i o której pisałam Wam w Dzień Dziecka. Do udziału w wydarzeniu zaprosiliśmy znajomych blogerów podróżniczych oraz naszych znajomych. Co nowego udało się zrobić uczestnikom naszej akcji? Kuba, czyli Sądecki Włóczykij, po raz pierwszy podróżował autostopem w Norwegii, a także podziwiał białe noce w estońskim miasteczku, w którym spędza swój EVS. Kasia była na koncercie Pawła Domagały i podziwiała uroki Wrocławia, włócząc się po mieście bez planu (też tak uwielbiam!). Tomek (Zabawka w podróży) inspirował do próbowania nowych rzeczy swoich znajomych - zaprosił ich między innymi na sobotnie śniadanie pod Kopiec Krakusa, wybrał się również na Pochód Lajkonika. #Cośnowego to także różne aktywności fizyczne, jak na przykład wejście na Giewont (Henryk w terenie), udział w biegu z przeszkodami (Praktyczny Podróżnik), czy nauka nowych figur na zajęciach z Bachaty. Doświadczenie akupunktury na Tajwanie (Żywe Historie), wyruszenie na Camino de Santiago (Szczepan Ligęza), skosztowanie nowych potraw, odwiedzenie nieznanych dotąd miejsc, nauka nowych umiejętności... Świetną okazją do próbowania nowych rzeczy był również kolejny zjazd Space for Dream, który odbył się w Brandysówce pod Krakowem. Cieszymy się, że nasza akcja została tak pozytywnie przyjęta, a każda reakcja i podzielenie się wrażeniami z robienia #cośnowego sprawiło nam ogromną radość.

Pamiętajcie o próbowaniu nowych rzeczy w rozbieganej rzeczywistości, bo takie małe zmiany dają dużą frajdę i są miłą odmianą w codziennej rutynie.

Ja również będę starała się wprowadzać nowości w moim wyspiarskim życiu, do którego - siłą rzeczy - powoli się przyzwyczajam. Ani się obejrzałam, a już minęły trzy miesiące mojego pobytu na Nowej Kaledonii. Przede mną wciąż niemal pół roku na Pacyfiku, ale mam sporo rzeczy na głowie, więc coraz bardziej doceniam fakt, że spędzam tu tyle miesięcy. Tym bardziej, że czas tutaj płynie w iście wyspiarskim, powolnym tempie. Oswoiłam już się z tym, że zostaję tu tak długo, a mój czas na Nowej Kaledonii trochę sobie poszatkowałam: najpierw były tygodnie do odwiedzin Mamy, potem tygodnie z Mamą i wspólna podróż do Nowe Zelandii. Teraz jest czas "intensywnych" badań, który potrwa do końca sierpnia, do przyjazdu Tomka. A potem, to już z górki, bo pewnie przez ostatnie półtora miesiąca, będę miała co robić!

W Polsce pełnia lata, więc życzę Wam słonecznych wakacji! 
Sama idę znaleźć wełniane skarpetki i bluzę, bo jest już wieczór i temperatura spadła do 20 stopni! W końcu tutaj zima na całego!!!

1 komentarz:

  1. Nowa Kaledonia jest dla mnie tak egzotycznym miejscem, że nie mam pojęcia kiedy się tam wybiorę. Jest nawet na tyle egzotyczna, że nie mam stamtąd pocztówki w swojej kolekcji. Wspaniała podróż. Super, że mama Cię odwiedziła na drugim końcu świata! :)
    Ajj Camino. Dzięki Tobie dowiedziałam się o Szczepanie, więc koniecznie muszę do niego zajrzeć. Jestem ciekawa, którą drogę wybrał.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń