Wpisy

Trzy tygodnie na Południowym Pacyfiku


"Czas lata jak szalony" - jak to stwierdził jeden z moich AFSowych podopiecznych. Dopiero co, wciąż lekko rozmiękczona włóczykijowymi doświadczeniami, domykałam plecak pełen prezentów i letnich (!!!) ubrań, a już minęły trzy tygodnie mojego pobytu na drugiej półkuli!

Nie będę ukrywać, że z każdym dniem coraz mniej brakuje mi bycia "podpiętą" do sieci i ciągłego kontaktu ze światem. O koszmarze, który wydarzył się w Brukseli, dowiedziałam się dobę po zamachu i właśnie w tym momencie żałowałam, że dopiero za dwa dni będę mogła sprawdzić czy wszystko dobrze z moimi znajomymi mieszkającymi w belgijskiej stolicy....


Do napisania tego wpisu zabierałam się kilka dni, zastanawiając się, o czym chcielibyście przeczytać. Na długi wpis o Święcie Ignama nie miałam... chyba bardziej ochoty, niż czasu, bo na brak tego drugiego nie mogę narzekać. Jako że komputer otwieram tylko wtedy, kiedy podpinam się do Internetu w domku Cleo i Alberta, staram się wykorzystać ten czas na rozmowy z rodziną i przyjaciółmi, i na odpisanie na najważniejsze wiadomości. Chcąc opowiedzieć Wam porządnie o tym, jak obchodzi się to święto, będące zwyczajowym rozpoczęciem nowego roku na wyspie, potrzebuję dłuższej chwili przed monitorem. Co się odwlecze, to nie uciecze.... Tymczasem kilka migawek z mojego wyspiarskiego życia.


Poranki spędzam w domu. Budzę się po 7h, jednak przyciąganie łóżka nie pozwala mi zwlec się z niego wcześniej niż przed 8h. Niespiesznej kawie i kanapkom z konfiturą z banana towarzyszą rozmowy z moją rodzinką goszczącą w altance przed domem. Często zdarza się, że ktoś wpada w odwiedziny, niezapowiedziany oczywiście. Na pewno jest to jakiś kuzyn albo wujek. Syn syna młodszego brata ojca teścia Sabriny, albo ktoś w tym rodzaju. Do tego jeszcze dowiem się, że w klanowej hierarchii ta osoba jest niżej/wyżej, niż mężczyźni w mojej rodzinie goszczącej. Gubię się w tych wszystkich powiązaniach. Zaczęłam już nawet sobie rysować drzewo genealogiczne, żeby zrozumieć, dlaczego moja dziesięcioletnia "siostra" mówi 'wujku' do trzyletniego chłopca. Jedno jest pewne: rodzinne powiązania są bardzo ważne, a więzi rodzinne zataczają koło na wyspie. Co więcej, jeśli ktoś nie jest "stąd", od razu zostanie to zaznaczone. Nie musi być metysem (mającym białego ojca/matkę/babkę/dziadka), wystarczy, że jeden z rodziców pochodzi z innej wyspy niż Ile des Pins. Chyba jeszcze nigdy i nigdzie nie spotkałam się z tak wielkim rozróżnieniem na My i Inni, obcokrajowcy, nawet jeśli wciąż Kanakowie.


Co robię w ciągu dnia? Rozmawiam z ludźmi. Częściej nieformalnie, niż w czasie "podręcznikowych" wywiadów. Nie mam presji, nic mnie nie goni, wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz, więc nic na siłę. Ostatnie dwa tygodnie były pod znakiem przygotowań do Święta Ignama, do Wielkanocy i do dwóch pogrzebów. Wyspiarze spędzali więc czas w klanach, a wioska, do której dopływają turyści na statkach wycieczkowych (mieszczących nawet 4000 pasażerów), była opustoszała. We wtorek (dzień pogrzebu dwóch starszych pań), chociaż do Ile des Pins dopłynął wielki wycieczkowiec, nie odbyły się tradycyjne tańce plemienne, bo Kunié byli zajęci przygotowaniami do pogrzebu i stypy (która może trwać nawet dwa tygodnie).


Popołudnia spędzam w domu. Robię pranie, czasem coś ugotuję, bawię się z dzieciakami i gram w Scrabble z moją mamą goszczącą i jej szwagierką. Przy okazji rozmawiamy, o czarnej magii, wciąż praktykowanej na wyspie, duchach zmarłych, które czuwają nad klanem, konfliktach plemiennych i innych ciekawych rzeczach, które chociaż nie są bezpośrednio związane z rozwojem turystyki, to pozwalają mi lepiej zrozumieć społeczność, z którą dzielę moją codzienność.


Czasami koło 17h wybieramy się na plażę. Jedna znajduje się trzy minuty spacerem od domu. Do drugiej, w Kuto, jednej z najpiękniejszych na świecie, dojeżdżamy samochodem. Kąpiel w ciepłym Morzu Koralowym o zachodzie słońca jest niewątpliwie jedną z piękniejszych rzeczy, jaką można zrobić na zakończenie dnia :)


Co przede mną? Wielkanoc, trzecia poza domem, nad czym trochę ubolewam (i przesyłam moje wielkanocne myśli do Kielc, gdzie Święta spędza moja rodzina). Przez ponad tydzień na Nowej Kaledonii będzie mi towarzyszyć Kasia (siostra AFSowej koleżanki). Pobędziemy trochę na Wyspie Choinek, a potem razem polecimy na weekend do Numei. Kiedy Kasia odleci z powrotem do Brisbane, ja udam się do wioski Bourail, na głównej wyspie, gdzie rozpocznę drugą część moich badań. Na dzień dzisiejszy nie wiem jednak nic więcej, bo nawet nie mam jeszcze znalezionego noclegu. Wiem jednak, że moja kaledońska rodzinka nie pozwoli, żeby stała mi się tam krzywda, więc czekam spokojnie na rozwój wydarzeń.


Tymczasem życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych. Doceńcie ten czas spędzony z bliskimi, wspólną wyprawę na święcenie koszyczka, czy lanie się wodą w Lany Poniedziałek. Ja te wszystkie polskie tradycje zaczęłam doceniać dopiero spędzając Wielkanoc za granicą, kiedy przestały się one wydarzać w moim życiu... Jak to mówią, 'wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma', także zostawiam Was i wracam do mojej wyspiarskiej codzienności, w której święta na pewno też będą ciekawe :)

10 komentarzy:

  1. Za to przedostatnie zdjęcie Cię zamorduję!! Jak możesz?;)
    Nich Ci pochrzyn w gardle stanie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja wysyłam Wam promienie kaledońskiego słońca, coby wiosna szybciej do Was przyszła (i na dłużej została), a Ty mi tak źle życzysz?! Weź .... wiesz co :D

      Usuń
  2. Pięknie Ci tam, Karola! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - nieustającej fascynacji światem i dobrych ludzi po drodze :)

    Napisz coś więcej o obrządku pogrzebowym. Jak on wygląda? Czy są z nim związane jakieś magiczne rytuały (pewnie tak)? A co z tą czarną magią? Z niecierpliwością czekam na kolejne posty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie Justyna!
      Zbieram informacje dotyczące narodzin, ślubów, pogrzebów, no i historie dotyczące czarnej magii i wierzeń magiczno-mistycznych, także podzielę się z Tobą moimi odkryciami po powrocie (a może i jakiś post skrobnę na ten temat) :)

      Usuń
  3. Tym opisem leniwego dnia i skupiania się na codziennych, domowych czynnościach przypomniałaś mi mój miesiąc spędzony w parku narodowym w Pieninach, miesiąc bez Internetu, ze znikającym zasięgiem telefonicznym, kiedy codziennie wstawałem o 7, zbierałem się do pracy w terenie (sprzątanie szlaków, remonty, malowanie znaków...), a popołudnia i wieczory spędzałem na rowerze lub spacerując po górskich okolicach mojego domku w górach! :)

    Cudowne doznania, więc trochę Cię rozumiem w tym Twoim kaledońsko-wyspo-choinkowym raju :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne są takie momenty totalnego resetu i skupiania się na rzeczach, na które w codziennym zabieganiu nie mamy czasu!

      Usuń
  4. Fajnie masz, nie ma co. Ten zachód słońca urzekający, bajeczny i nie będę owijał w bawełnę - po prostu zazdroszczę. Trzymaj się. Pozdrowienia
    Kris

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ukrywam, że jest cudnie :) Dziękuję i pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń
  5. Piękne zdjęcia, ale przy pierwszym spojrzeniu na ostatnie zdjęcie wydawało mi się, że na stosiku leżą... ludzkie ręce. Chyba już czas spać ;)

    OdpowiedzUsuń