Dopiero co wylądowałam w Warszawie, po trzech miesiącach spędzonych na Południowym Pacyfiku, a już minęły kolejne trzy miesiące, wypełnione po brzegi intensywnym nadrabianiem wcześniejszej nieobecności. W dzisiejszych zapiskach małe podsumowanie kończącego się lata i wakacji, które, chociaż chciałabym, żeby trwały cały rok, też muszą (choć na chwilę!) się skończyć...


Od kilku tygodni w Internecie co i rusz można natrafić na hasztag #MyFirst7Jobs. Nie przepadam za internetowymi łańcuszkami, jednak ten wyjątkowo mi się spodobał. Wiele osób zdecydowało się podzielić ze światem swoimi pierwszymi zajęciami, które niejednokrotnie miały wpływ na miejsce, w którym się teraz znajdują. Ciekawa akcja, pozwalająca zastanowić się nad drogą zawodową, którą dotychczas przebyliśmy, wciągnęła także mnie. A więc jakie było moje pierwsze siedem prac?


Lubicie wracać do miejsc, które darzycie dużym sentymentem? Które, chociaż dawno nieodwiedzane, pozostają gdzieś tam w Waszej pamięci (i sercu), jak ulubiona książka z dzieciństwa, która leży upchnięta na półce, przykryta warstwą kurzu? W moim sercu jest kilka takich miejsc. Do niektórych wracam regularnie, niektóre wciąż czekają na swoją kolej. Do jednego z nich, tego, z którym wiąże się pewna magia, dotarłam w sierpniowy długi weekend. Chodźcie ze mną na spacer po Łutowcu, Mirowie i Bobolicach - krainie fantasy!


Dawno nie przyglądaliśmy się żadnemu miastu z góry. Przyszedł więc czas na Londyn, w którym wiktoriańska architektura kontrastuje z różnorodnością nowoczesnych brył...


Każdego roku w sieci pojawiają się rankingi najpiękniejszych wysp świata. Przeglądając takie zestawienie można łatwo zauważyć, że wyspy pogrupowane są w kategorie. Mamy te „najpiękniejsze”, „najbardziej egzotyczne”, „najbardziej luksusowe”, „najbardziej roztańczone”, „najbardziej zachwycające”, czy „najchętniej odwiedzane przez turystów”… Co takiego mają w sobie te miejsca, że przyciągają każdego roku miliony turystów? Co takiego sprawia, że wiele osób decyduje się zamieszkać na takim ograniczonym terytorium, zmieniając swoje życie o 180 stopni? Zapraszam na post, w którym Agnieszka, Emilia, Karina i Kinga podzieliły się swoimi wyspiarskimi doświadczeniami z życia na różnych wyspach, od zimnej europejskiej północy, przez słoneczne śródziemnomorskie klimaty, aż do dalekiej Azji. W tych rozważaniach nie mogłabym pominąć „mojej” Oceanii i Reunionu. Zapraszam do czytania!


To była niedziela, pierwszy dzień mojego pobytu na Wyspie Choinek w 2014 roku. Zestresowana, wciąż poznawałam otaczającą mnie, nową rzeczywistość. Jak się zachować? Jak się zwracać do moich gospodarzy? Na "ty", czy na "pan/pani"? Jak zaproponować pomoc w domu, żeby jednocześnie się nie narzucać? Krok po kroku znajdowałam odpowiedzi na te pytania, czasami myśląc sobie "jakie to zaskakujące!", albo "to takie oczywiste!". Tego dnia, w południe, przygotowywaliśmy obiad. Sabrina, moja mama goszcząca, poprosiła Angelę, swoją ośmioletnią córkę, żeby ta poszła do ogrodu babci, znajdującego się kilka metrów od naszego domku, zerwać z drzewka cytryny, z których miała zostać przygotowana lemoniada. Chcąc się do czegoś przydać, zaproponowałam, że pójdę z małą po owoce, no bo przecież mi łatwiej będzie je zerwać z kilkumetrowego drzewka, niż jej. "Nie możesz iść do ogrodu dziadków, bo jeszcze nie wykonałaś u nich gestu zwyczajowego" - usłyszałam od Sabriny w odpowiedzi na moją propozycję... Czym jest owy gest zwyczajowy i zwyczaj? Dlaczego wciąż jest tak bardzo przestrzegany?