Zapiski zimowe

10.2.17 Karolina 4Komentarzy


Jak to jest podróżować bez aparatu? Czy w Anglii zawsze pada? Jakie jest najbardziej alternatywne miejsce w Paryżu? I czy w kawiarni w stolicy Francji można wypić kawę kosztującą mniej niż 5 euro? Zapraszam na podsumowanie zimowych miesięcy!

Za mną już większość szaro-burego, zimowego, depresyjnego okresu. Z nadzieją wypatruję wiosny, a raczej lata, które czeka na mnie na Nowej Kaledonii, na której najprawdopodobniej wyląduję już w połowie marca. Z tym zimowym okresem kończy się (a taką mam przynajmniej nadzieję) dość ciężki dla mnie czas.

W styczniu miałam szansę pobyć trochę w moim kochanym Cieszynku. Wszystko za sprawą odwiedzin moich gości z dalekiej Nowej Kaledonii. Poza Adele i Jeine, które odwiedziły mnie na Boże Narodzenie, w styczniu dojechał do nas John, z innej kaledońskiej wyspy - Lifou. Okazało się, że Adele (pochodząca z wyspy Mare) i John są rodziną, no ale nie powinno mnie to dziwić, bo już w czasie pierwszego wyjazdu na Pacyfik dowiedziałam się, że więzy rodzinne zataczają koło na wyspach. Pobyt moich Kanaków w Polsce był pełen wrażeń i atrakcji. Pozwiedzaliśmy okolicę, wybraliśmy się na Bal Gorolski w Mostach koło Jabłonkowa, a w Warszawie odbyło się spotkanie z Johnem w Muzeum Azji i Pacyfiku. Zajrzeliśmy także do Polskiego Radia, gdzie gościliśmy w audycji Folk OFF Maćka Szajkowskiego (tutaj zapraszam do posłuchania kaledońskich opowieści).

W połowie stycznia, po wyjeździe moich gości i zdaniu (hmmm...mam nadzieję, że zdaniu, a nie oblaniu) pewnego trudnego egzaminu, rozpoczęłam kilkudniowe ferie. Kilka dni w czeskich Jesenikach, górskie spacery i relaks na basenach termalnych pozwoliły mi się zresetować i zrelaksować.
W drodze na Pradziad

Końcem miesiąca ruszyłam do Francji. Zebrania, spotkania, zajęcia pochłonęły mnie na kilka dni, jednak po załatwieniu najważniejszych spraw postanowiłam skorzystać z kilku dni wolnego przed następnym seminarium i wybrałam się do Wielkiej Brytanii. Spędziłam kilka dni w miasteczku Witney, w hrabstwie Oxfordshire. Nigdy nie byłam w tej części Anglii, więc tym bardziej cieszyłam się z możliwości odkrycia nowych miejsc.
Klimatyczna uliczka w miasteczku Witney


Będąc tak niedaleko Oxfordu, grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i nie zwiedzić tego uniwersyteckiego miasta! Dzisiaj wrzucam tylko dwa zdjęcia, żeby zrobić Wam "smaka", a na mały spacer po Oxfordzie zabiorę Was już niedługo!
Piękny zaułek w jednym z kolegiów (college)
Stołówka studencka, niczym z Hogwartu!
Wyjazd do Wielkiej Brytanii był również świetnym pretekstem do odwiedzenia Londynu i niezastąpionej Joanny, Cioci Asi, która ugościła nas jak zwykle ciekawymi opowieściami o Londynie i okolicy. Joanna prowadzi bloga, więc jeśli chcecie odkryć tajemnice Londynu, a zwłaszcza dzielnic Acton i Ealing, to zapraszam Was na Joanna's Whimsical Life. To dzięki niej dotarliśmy w okolice Kościoła Templariuszy (Temple Church). Nieopodal świątyni natrafiliśmy na przeurocze dziedzińce, które, w przeciwieństwie do wielu turystycznych miejsc w Londynie, były puste! Gdzieniegdzie na ławkach siedzieli i pałaszowali kanapki zapewne prawnicy, pracujący w kancelariach mieszczących się w pobliskich kamienicach. Wszystko za sprawą znajdującego się niedaleko Royal Courts of Justice. Chociaż w czasie naszego dwudniowego pobytu w stolicy Wielkiej Brytanii było chłodno, to (o dziwo!) obeszło się bez deszczu! Dzięki temu mogliśmy przez długie godziny spacerować wzdłuż Tamizy, "wychodząc" w sumie ponad 25 kilometrów! Więcej zdjęć z londyńskich spacerów wrzucę już niedługo!

W środę wieczorem wróciłam do Paryża na zajęcia. Tego samego dnia doleciała do mnie Mama, więc po uporaniu się z uczelnianymi obowiązkami poszwendałyśmy się trochę po mieście. Dzisiaj zabrałam Mamę w jedno bardzo fajne miejsce, które pokazała mi w listopadzie moja przyjaciółka. Les Grands Voisins to utopijna wioska znajdująca się w samym sercu Paryża! Na terenie dawnego szpitala Saint Vincent de Paul powstał olbrzymi kompleks, w którym siedzibę mają stowarzyszenia, znajdują się pracownie artystów, ośrodek dla migrantów, czy sklepy. Jeden z nich niedługo trafi na moją listę Najlepszych miejsc na zakupy w Paryżu. Na terenie kompleksu znajduje się także świetlica, będąca zarówno kawiarnią, jak i stołówką. To właśnie tam można napić się kawy za 1,5 euro, czy zjeść domowe wypieki w równie niskich cenach. Nie muszę wspominać, że ceny za filiżankę kawy w Paryżu są horrendalne, dlatego wypicie kawy za mniej niż 4-5 euro można uznać za sukces. Dla przypomnienia cytat z książki Stephen'a Clarke'a "Merde! Rok w Paryżu":

"Podziękowałem (...) kelnerowi, który przyniósł mi kawę. Zamiast spodziewanej filiżanki otrzymałem bulionówkę z białawym naparem. Nic dziwnego, że merci zamarło mi na ustach. Prosiłem o kawę z mlekiem, a przyniesiono mi owoc rocznych zbiorów z kolumbijskich plantacji oraz udój całego normandzkiego stada. Spojrzałem na rachunek. Taaak. W cenie zawarto miejsca kolejowe w wagonie pierwszej klasy dla krów."
Sklep ogrodniczy
Sklep z używanymi przedmiotami, w którym znaleźć można dosłownie wszystko!

Niedawno Styledigger wspominała o walce z podróżniczym FoMo i niezabieraniu aparatu w podróż. Zdałam sobie wtedy sprawę, że mój sprzęt też od jakiegoś czasu częściej niż w moim plecaku, zostaje w domu. Zmęczenie, lenistwo, chęć zaoszczędzenia miejsca w bagażu (co zwłaszcza, kiedy lecę na przykład na dwa tygodnie do Francji, z bagażem podręcznym, nie jest bez znaczenia)... Wszystko to sprawiło, że aparat leży sobie i odpoczywa w Cieszynie, a ja, jak już mnie najdzie ochota, biorę do ręki telefon. Wszystkie zdjęcia, które widzicie w dzisiejszym wpisie, pochodzą z mojego ajfona. Tym razem pobawiłam się i nadałam im trochę klimatu stosując akcje do Photoshopa, które polecała Natalia na swoim blogu Jest Rudo.

A czy Wam zdarzają się wyjazdy bez aparatu? 
Uważacie, że tracicie, czy zyskujecie w czasie takich podróży? 
Ja na pewno wiem, że jestem mniej sfrustrowana niż wtedy, kiedy aparat faktycznie na wyjazd zabrałam, a potem ani razu nie wyciągnęłam z futerału. Nie wyobrażam sobie jednak dłuższej i dalszej podróży, na przykład na Nową Kaledonię, bez mojego sprzętu.

Mam nadzieję, że wena, która właśnie wróciła, mnie nie opuści i w przyszłym tygodniu będę mogła podzielić się z Wami wrażeniami z Londynu i Oxfordu, a także z Les Grands Voisins. Do przeczytania!

4 komentarze:

  1. Karolinko, dzięki za spontaniczny pomysł zabrania mnie do Paryża. Taki reset mnie się też przyda. A odkrywanie nowych paryskich miejsc z Tobą ma niewątpliwy urok :) Dzięki za przepiękny czas razem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za wspaniałe odwiedzinki <3

      Usuń
  2. Zamierzam wybrać się do Paryża wiosną. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze go nie zwiedziłam. Spędziłam tam tylko jedną noc w mieszkaniu z widokiem na wieżę Eiffla, kiedy to stopowałam przez południe Francji, zrobiło się strasznie zimno i zatrzymała się jedna para. Powiedzieli, że mogę u nich przenocować, ale mieszkają... w Paryżu.
    Czekam na ciąg dalszy o Oxfordzie, ale przyznam szczerze, że to część o Paryżu mnie tu przyciągnęła. Czaję się już na ten sklep z różnościami i utopijną wioskę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybierz się koniecznie! A jakby tej wiosny się nie udało, to jak wrócę z Pacyfiku, to pojedziemy razem! Post o Paryżu "się pisze", a penetrację Oksfordu planuję już niedługo! :)

      Usuń