Raju przeklęty

30.9.14 Karolina 2Komentarzy

Kiedy jedziemy do jakiegoś kraju czystko rekreacyjnie, turystycznie, podróżniczo, nie do końca mamy wgląd w „prawdziwe” życie społeczności, która nas gości. No bo czymże innym, jeśli nie inscenizacją i wyreżyserowaną przestrzenią, są miejsca przygotowane dla turystów? Wymuskane hotele, czy nawet hostele z karaluchami na ziemi i pchłami w materacach, piękne tańce i "autentyczne" przedstawienia, czy historie opowiadane przez przewodników – to wszystko to tylko mały procent tego, czym naprawdę jest dane miejsce w rzeczywistości.


Jednak tego, co ono w sobie kryje, nie da się tak łatwo odszyfrować. Podróżowanie autostopem, przebywanie z lokalsami, bycie przez nich goszczonym, zapraszanym na kawki, obiadki, pogaduchy – dzięki takiemu otwarciu się na Inność, na nowe miejsce i jego mieszkańców mamy szansę lepiej się im przyjrzeć. Ostatecznie po kilku dniach jedziemy dalej, do kolejnej wioski, miasta, odkrywając dany kraj. Potem wracamy, dzielimy się wrażeniami, jesteśmy specami od tego jak żyje się w odwiedzonym przez nas właśnie miejscu, często zapominając, że to wszystko, co widzieliśmy, ma drugie dno.


Życie na Ile des Pins, w społeczności kierowanej tradycyjnymi wartościami i zwyczajem (ang. custom, fr. coutume), a jednocześnie w świecie, w którym globalizacja dociera do najbardziej zapyziałych wiosek, gdzie każdy chce mieć telefon, telewizor i samochód terenowy, prowadzi do zazdrości. To właśnie zazdrość jest największym problemem w dzisiejszym życiu mieszkańców Wyspy Choinek – stwierdziła moja host-mama, kiedy rozmawiałyśmy o czarownictwie i czarnej magii, które wciąż są praktykowane na wyspach Pacyfiku i wykorzystywane często z powodu zawiści.


Jestem na Wyspie Choinek już trzy tygodnie, z każdym dniem mam coraz silniejsze przekonanie, że mogłabym spędzić tu trzy lata i dalej byłabym równie zagubiona, jak teraz. Ten mikrokosmos coraz bardziej mnie przeraża, a zarazem fascynuje. Nagle okazuje się, że każda historia ma dwie strony. Tę prawdziwą, o której wiedzą jedynie bezpośredni świadkowie wydarzenia, ale niechętnie o niej mówią i drugą, która żyje swoim życiem dzięki radio cocotier, czyli kokosowemu radiu i powtarzaniu, niczym w głuchym telefonie, różnych plotek, ploteczek, zasłyszanych w kolejce do sklepu, drodze do kościoła, czy w polu w czasie uprawiania ignamów. Wtedy okazuje się, że tzw. krzyżowanie źródeł i zdobywanych informacji niewiele zmienia. Ot po prostu znam kolejną, równie prawdopodobną jak siedem pozostałych, wersję danego zdarzenia…


Po tych trzech tygodniach pełnych wrażeń, przeprowadzeniu kilkudziesięciu wywiadów (sformalizowanych i całkiem nieformalnych, zwyczajnych spotkaniach przy misce ryżu) czuję się trochę przytłoczona tym wszystkim, czego się dowiaduję. Zwłaszcza, że wiele informacji wiąże się z konfliktami i przemocą. Gdzie w tym wszystkim jest turystyka, której dotyczą moje badania? No właśnie... Tego osoba spędzająca na Ile des Pins dzień, czy nawet tydzień na wakacjach, nie dowie się pewnie nigdy.


Kilka trudniejszych momentów sprawiło, że postanowiłam poprzestawiać moje plany na pobyt na Nowej Kaledonii. Dzisiaj rano przyleciałam na kilka dni do Noumei, żeby nabrać trochę dystansu do mojego terenu badawczego i złapać chwilę oddechu. Mam czas na buszowanie po Archiwach Nowej Kaledonii, popracowanie w bibliotece Centrum Kulturowego Tjibaou i spotkania z nieznajomymi-znajomymi, z którymi skontaktował mnie mój tutor i osoby poznane dotychczas na Ile des Pins. Także jak widzicie nawet tutaj nie bardzo odpocznę od moich badań, ale taka już dola etnologa. Na Wyspę Choinek wracam w sobotę, na ostatni tydzień przed powrotem do domu.

2 komentarze:

  1. No tak, oglądając miejsce z zewnątrz często nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jakie jest ono naprawdę, co się chowa głębiej. Wejście dokładnie w tak małą społeczność, jaką są mieszkańcy oddalonej nieco wyspy z pewnością nie jest łatwe. Powodzenia z pracą na Noumei.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pasjonat nie musi odpoczywać od obiektu swojego zainteresowania, więc nie będę się nad Tobą użalać ;) Powodzenia w łapaniu dystansu!

    OdpowiedzUsuń