Pierwszy tydzień na Południowym Pacyfiku

12.3.16 Karolina 12Komentarzy


Witajcie! Dzisiaj mija tydzień, odkąd wylądowałam na Nowej Kaledonii. Piszecie i pytacie co u mnie, jak żyję, jak mój powrót na Wyspę Choinek. Zapraszam więc na pierwszą relację z Melanezji :)

Pierwsze dni po przylocie spędziłam w Numei, stolicy archipelagu. Z jednej strony, chciałam odespać podróż i powalczyć z jet lagiem przed udaniem się na Île des Pins, z drugiej, pobyt w stolicy miał być okazją do spotkania się ze znajomymi, którzy tam mieszkają. W Numei moim punktem zaczepienia jest dom Marie, niedoszłej szwagierki znajomego wykładowcy. Partner i syn Marie od kilku miesięcy są we Francji, więc tym bardziej moja znajoma ucieszyła się, że będzie miała towarzystwo. Marie mieszka na przedmieściach miasta, więc do centrum zazwyczaj dojeżdżam autostopem. O tym, jak świetnie działa ten sposób przemieszczania się po wyspach, pisałam już półtora roku temu (tutaj) i nic się w tej kwestii nie zmieniło :)

W poniedziałek i wtorek miałam szansę spotkać się z siostrą Jacka (mojego taty goszczącego), która kilka miesięcy temu wyprowadziła się z Wyspy Choinek, a także z doktorem geografii, którego poznałam w czasie poprzedniego pobytu i z którym wymienialiśmy się doświadczeniami z badań na wyspie (Pierre-Christophe w listopadzie obronił doktorat z geopolityki i w swojej pracy przedstawił analizę wykorzystania ziem zwyczajowych przez trzy różne sektory: turystyczny, rolniczy i przemysłowy (wydobycie niklu); tak więc mamy dużo wspólnych tematów do rozmów). W mieście zrobiłam też zakupy, które na Wyspie Choinek nie będą możliwe: kupiłam butelkę Wyborowej (za 0.7 l zapłaciłam ponad 100 zł. Ciekawe czy gdzieś jeszcze wódka kosztuje tak dużo jak tutaj..) i butelkę whisky. Na mojej wyspie od kilku lat panuje prohibicja, więc w sklepach na próżno szukać trunków wysokoprocentowych.

Jako że statek łączący Numeę z Île des Pins jest od miesiąca na przeglądzie w Australii, na wyspę musiałam dostać się samolotem. Po dwudziestu minutach lotu na aerodromie przywitała mnie moja rodzinka goszcząca.

Lubicie powroty? Ja bardzo! Lubię obserwować, co zmieniło się od mojego ostatniego pobytu, a najbardziej widać to po dzieciach, które podrosły. Do tego dwa nowe psy strzegące podwórza, małe przemeblowanie, dobudowana altanka przed domem… Moja rodzina goszcząca sprawiła, że poczułam się jak w domu. Ledwo przyjechałam, a Angela, moja dziesięcioletnia siostra goszcząca pyta: „Ale wrócisz jeszcze?”…

No jasne, że wrócę! Powroty, chociaż wspaniałe, jednocześnie nie są łatwe. Pomijam kwestie finansowe, odległość, czas, który trzeba przeznaczyć na podróż na Pacyfik… Do tego readaptacja do tempa wyspiarskiego życia wcale nie jest taka prosta. W czasie pobytów na Nowej Kaledonii zdaję sobie sprawę, jak bardzo zróżnicowany jest sposób obchodzenia się z czasem w zależności od kultury, z którą mam styczność. Podobne wrażenie odniosłam w czasie podróży po Azji Południowo-Wschodniej, kiedy na przykład bus był slow slow i nie wiadomo było kiedy nadjedzie, ale nikt (poza pędzącymi gdzieś tam turystami, ze mną włącznie) nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Dwa dni w podróży i dziesięć godzin zmiany czasu wystarczyło, żebym znalazła się w miejscu, gdzie podejście do czasu, pracy i odpoczynku całkowicie różni się od tego, do czego przywykłam, będąc wychowana w naszej polskiej kulturze.

Jeszcze kilka(naście) dni zajmie mi przyzwyczajenie się do tego, że nic nie mam zaplanowane, że idąc się z kim spotkać, nawet jeśli wcześniej udało nam się wstępnie umówić na jakąś godzinę, to i tak będę czekać, pół godziny, godzinę, albo nawet dłużej, że aby coś zrobić, lepiej wstać wcześnie, bo między 12h a 15h i po 18h już raczej nic nie załatwię i że moim rozmówcom potrzeba czasu… Spotkania i wywiady są długie i powolne, czasem wręcz, mogłoby się wydawać, mało efektywne (oczywiście z naszej perspektywy, przyzwyczajonej do pędzącego świata i szybkich zmian). Ale tutaj tak po prostu płynie czas. Casse pas la tête, czyli nie przejmuj się, nie spiesz się, żyj według l’heure kanak, czyli kanakowej godziny, bez zegarka i bez pośpiechu…

12 komentarzy:

  1. Dobrze słyszeć, że u Ciebie wszystko w porządku! Zazdroszczę Ci, że będziesz wieść prawdziwe slow life, bo mi go tutaj w Polsce bardzo, ale to bardzo brakuje... Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do powrotu postaram się dojść do tego, żeby to polskie życie też było slow :) Buziaki!

      Usuń
  2. Dziękujemy za wieści i trochę zazdrościmy tego doświadczenia "innego życia". Ściskam Cię Kochana!

    OdpowiedzUsuń
  3. Za Wyborową na Antypodach dałabym bez żalu nawet 200 zł. A mają bułkę tartą? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie bułki jeszcze nie widziałam, ale pewnie tak jak w przypadku wódki, bułka kosztuje miliony :D

      Usuń
    2. Trzeba zakupić bagietkę, ususzyć i zetrzeć na tarce, toż to terytoria francuskie, bagietki być muszą.

      Usuń
  4. Zazdroszczę Ci tych widoków i tej podróży! Niesamowite miejsce:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyjątkowe miejsce :) Bardzo ładne zdjęcia robisz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Cieszę się, że Ci się podobają :)

      Usuń
  6. A ta whisky ile kosztowała? Inne alkohole też były takie drogie? Czy tylko nasz "polski specjał" miał taką wartość :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Whisky w podobnej cenie, inne alkohole też drogie (np. najtańsze wino było za jakieś 6-7 euro, kiedy we Francji dobre tanie wino można kupić już za 2-3 euro).

      Usuń