Odwiedziny na drugim końcu świata

5.4.16 Karolina 8Komentarzy


Sobotnie popołudnie, dochodzi 15h00. Razem z moją dziesięcioletnią siostrą goszczącą wsiadam do terenówki, którą pożyczył mi na weekend znajomy i kieruję się na aerodrom. Zgodnie z tym, co mówiła babcia, o 15h00 na Ile des Pins ma wylądować samolot, którym z Numei wraca dziadek. Kiedy rozmawiałyśmy, dwa razy upewniłam się, że samolot ląduje o piętnastej zero zero, a nie na przykład o wpół do. Kiedy jedziemy, Angela jest sceptycznie nastawiona. Mówi ciągle, że jest za wcześnie, ale jako że nie do końca zna się jeszcze na zegarku, ciężko mi z niej wyciągnąć, o której miałby przylecieć samolot, jeśli nie o 15h00. Dojeżdżamy na aerodrom, znajdujący się w środkowej części wyspy, na niemałym wzniesieniu. Kiedy okazuje się, że mini lotnisko jest zamknięte na cztery spusty, młoda powtarza pod nosem „a nie mówiłam”…

Zawracamy. Po drodze mijamy ciocię Angeli, która pracuje na aerodromie. Wciąż myślę, że samolot z 15h wyląduje, tylko trochę później. Dzwonię więc do cioci i pytam, czy jedzie do pracy. „Tak, tak. Będzie samolot o 15h30” – słyszę. Zawracamy. Wchodzę na lotnisko, witam się z ciocią i staram się potwierdzić: „Czyli samolot z Numei przylatuje o 15h30, tak?”. W odpowiedzi słyszę: „Nie, nie, samolot z Numei przylatuje o 16h00”. Hmmm, Kasia miała przylecieć samolotem o 16h10, więc to niemożliwe, że jest jakiś inny samolot o 16h00. Próbuję dalej: „To dlaczego już otwieracie wszystko? Jest dopiero 15h10”. „Bo o 15h30 rozpoczyna się odprawa” – mówi ciocia, wciąż nierozumiejąca mojej konsternacji. Odprawa rozpoczyna się o 15h30, czyli na godzinę przed odlotem samolotu do Numei. Wszystko jasne. Samolot z piętnastej zero zero, to ten, który zgodnie z rozkładem przyleci na wyspę o 16h10, żeby potem odlecieć do stolicy o 16h30... 

Pamiętacie jak pisałam o pojmowaniu czasu przez wyspiarską społeczność? Ta sytuacja jest idealnym przykładem na to, że czas to pojęcie względne. Po rozmowie z pewnym Francuzem, który mieszka na wyspie już 45 lat, dostałam od niego złotą radę: „pewnych rzeczy nie staraj się zrozumieć”. Na początku myślałam: „Ale jak to?! Jak mam nie starać się tego zrozumieć, skoro właśnie po to tu przyjechałam?!”. Innym razem, wciąż mając do dyspozycji terenówkę Nicolasa, zaproponowałam wspomnianej cioci, że ją podwiozę do pracy. Pytam, o której zaczyna. „O 14h00” – odpowiada. Upewniam się: „Ale o 14h00 masz być na aerodromie?”. „Nie, później”… Hmm, próbuję dalej. „Czyli nie zaczynasz o 14h00?”, „Nie, otwieramy o 14h45”… Jeszcze kilka podobnych epizodów sprawiło, że przestałam starać się zrozumieć….

Wolicie podróżować solo, czy w grupie? Ja uwielbiam jeździć z kimś, mogąc dzielić się z drugą osobą przeżyciami i wrażeniami z podróży. W większej grupie też jest ciekawie, aczkolwiek na dłuższą metę bywa męcząco (te ciągłe kompromisy, podejmowanie decyzji…. wiecie, o co mi chodzi?). Na badania terenowe jednak wolę jeździć sama. Pozwala mi to totalnie zanurzyć się w życiu społeczności, której na pewien czas staję się częścią, a także w pełni doświadczać wyspiarskiego życia. Miesiąc, który spędziłam na wyspie, to niewiele, jednak biorąc pod uwagę tempo tego życia, czasami może się dłużyć. Pokazywanie Wam mojej codzienności na blogu, fejsbuku, czy snapczacie, to nie to samo, co możliwość podzielenia się tym z kimś na żywo.

Kiedy Paulina, moja AFSowa koleżanka, napisała mi, że jej siostra wybiera się na wymianę do Australii i że bardzo chętnie się ze mną spotka, nie wierzyłam, że to spotkanie będzie miało miejsce na „mojej” wyspie. No bo umówmy się, jechać trochę w ciemno, do kogoś, kogo się prawie nie zna, na wyspę, która raczej nie widnieje na listach podróżniczych must see znajdujących się na Pacyfiku…. Z tego może wyjść albo totalny przypał, albo niezapomniane spotkanie. 

Po wymianie kilku wiadomości z Kasią i pierwszym spotkaniu w Brisbane, wiedziałam, że się dogadamy. Kiedy już zadomowiłam się u mojej rodzinki goszczącej, zapytałam, czy zgodziliby się przyjąć pod swój dach na kilka dni moją koleżankę z Polski. Wiedziałam, że nie powinno być problemu, bo miałam szczęście trafić na bardzo otwartych i gościnnych ludzi. Tak jak myślałam, rodzice zgodzili się bez wahania, a Angela prawie codziennie dopytywała się, kiedy przyjedzie Kasia, starając się nauczyć wymawiać poprawnie jej imię.

Wracamy na aerodrom. Dochodzi 16h00 i w podłużnym budynku robi się tłoczno. Słyszymy podchodzący do lądowania samolot, po kilku minutach wychodzą z niego pasażerowie. Jest Grand Chef, czyli Wielki Wódz wszystkich plemion zamieszkujących wyspę, jest i dziadek, który towarzyszył Wodzowi podczas zebrania w Numei, są również Albert i Cleo, moi „dziadkowie”, którzy udostępniali mi w ostatnim miesiącu swój domek, gdzie łączyłam się z Internetem. Jest w końcu ONA. Kasia. Mój pierwszy i pewnie na długo jedyny gość, którego mam przyjemność przyjąć w moim kaledońskim świecie. Chociaż znamy się niewiele, bo widziałyśmy się tylko raz, a tak, to nasz kontakt ograniczał się do fejsbuka, to i tak wpadamy sobie w ramiona.

Na Wyspie Choinek spędziłam razem z Kasią tydzień. Tydzień doświadczania wyspiarskiego życia, odkrywania przed moim gościem najpiękniejszych miejsc, opowiadania historii. Był to przede wszystkim czas pełen niekończących się rozmów z moją rodzinką, przy polskiej Wyborowej i dźwiękach ukulele. Był czas na leniwe poranki, kąpiele w morzu o zachodzie słońca, czy sprzedawanie pamiątek australijskim turystom... Wspaniale było móc podzielić się moją codziennością właśnie z Kasią i mam nadzieję, że to dopiero początek naszych wspólnych podróżniczych doświadczeń.

Wczoraj Kasia wróciła do Australii. Przede mną jeszcze prawie dwa miesiące na Kaledonii. Najbliższe dni spędzę w Numei. Miałam w planach grzebanie w archiwach, ale dzisiaj dopadło mnie jakieś przeziębienie, więc czas spędzam na spaniu i wygrzewaniu się w łóżku. Mam nadzieję, że niedługo poczuję się lepiej, bo końcem tygodnia chciałabym ruszyć na północ Grande Terre (głównej wyspy archipelagu), do wioski Bourail, gdzie będę prowadziła dalsze badania. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko było dobrze, bo chociaż staram się nie wpadać w panikę i niepotrzebnie nie stresować, to czasami nie jest łatwo (zwłaszcza kiedy usiłując połączyć się z rodzicami, zamiast ich głosu słyszę bip bip bip)...

8 komentarzy:

  1. Karolinko,
    fantastycznie miałyście się z Kasią. Ściskam i myślę o Tobie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam kciuki, żeby wszystko Ci się udało i za powrót do zdrówka :) Czekam na kolejne wpisy

    OdpowiedzUsuń
  3. Zachęcające do podróży wszelkie wpisy, widać, że jesteś wielką pasjonatką i wrażliwą osobą, piszącą bardzo obrazowo, życzę powodzenia w zbieraniu materiałów badawczych, pozdrawiam serdecznie i dziękuję z całego serca za poświęcenie czasu mojej córce Kasi :):):):):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Beato, bardzo dziękuję za miłe słowa! Cieszę się, że mogłam gościć Kasię! To był niezapomniany czas i mam nadzieję, że jeszcze będzie wiele okazji do takich spotkań :) Pozdrawiam serdecznie!!!

      Usuń
  4. Oby w Bourail było co najmniej tak dobrze jak na Wyspie Choinek :)

    OdpowiedzUsuń