Wpisy

Hello Tomorrow! Good morning Sydney!


Czas na pierwszy post relacjonujący naszą australijską przygodę. Czas płynie bardzo szybko i już jutro ruszamy z Sydney na dalsze odkrywanie tego kraju wielkości Europy. Dzisiaj w skrócie o tym jak żyjemy, co nas najbardziej zaskoczyło po wylądowaniu w Sydney, a także kilka słów o planach na najbliższe dwa tygodnie. Trochę dziwnie się czuję pisząc do was "z przyszłości" :D W sumie to tylko osiem godzin różnicy, ale i tak gubię się w przeliczaniu gdzie jaka jest pora dnia.


Nie wiem od czego zacząć, więc może po prostu od początku. Podróż Cieszyn - Praga - Dubaj - Sydney trwała w sumie ponad 40 godzin i kiedy doleciałyśmy do Australii, nie do końca ogarniałyśmy jaki jest dzień, która godzina. Noc na lotnisku w Dubaju zaliczam do jednej z gorszych w tego typu miejscach. Tak jak w styczniu, czekając na poranny lot z Porto do Paryża spędziłam całą noc na pustym i przede wszystkim cichym lotnisku, tak w Dubaju czułam się jak na dyskotece: tłumy ludzi, chodzących w te i wewte, głośno grająca muzyka i ogłoszenia co minutę o kolejnych odlotach. Do tego mega jasno, mało leżaków, na których można by przekimać do rana, no i trochę chłodno przez klimatyzację. Gdyby nie mój "zestaw śpiocha" (opaska na oczy i zatyczki do uszu), to ta noc byłaby jeszcze gorsza. Lot z Dubaju do Sydney trwał prawie czternaście godzin. Dzięki temu, że byłam bardzo zmęczona, połowę udało mi się przespać. Lot największym samolotem pasażerskim Airbusem A380 był taka przyjemny, że chyba znowu polubię latanie (mam małą traumę od powrotnego lotu z Maroka w kwietniu).


To, że jesteśmy w Australii poczułyśmy czekając w porcie Circular Quay na statek, którym miałyśmy dopłynąć do naszej Couchsurferki (Amy). Odpływając w kierunku Putney, gdzie mieszkamy, naszym oczom ukazała się Opera. Była dziewiąta rano (w czwartek) i lepszego początku naszego pobytu w Sydney nie mogłyśmy sobie wymarzyć... W domu powitał nas Tony - tata Amy. Pokazał nam najważniejsze dla nas w tym momencie rzeczy, czyli gdzie znajduje się nasze łóżko i prysznic :D Po południu, kiedy trochę odpoczęłyśmy, pojechałyśmy (tym razem autobusem) na spacer do centrum. Jako że w zimowej Australii słońce zachodzi dość wcześnie, bo już po 17h, mogłyśmy podziwiać miasto w wersji wieczornej :)


Wczoraj (w piątek) cały dzień spacerowałyśmy po Sydney. Zobaczyłyśmy Hyde Park, Królewskie Ogrody Botaniczne i okolice Darling Harbour. Po południu spotkałam się też z Roxane, moją francuską koleżanką z liceum i z internatu, która obecnie jest na wymianie w Sydney. W takich momentach świat staje się mały:) Wieczorem z kolei przygotowałyśmy kolację dla naszych wspaniałych Couchsurferów. Jetlag wciąż dawał się we znaki, ale jest już coraz lepiej. 

W pół-śnie przed Operą :) 
Z Roxane. Spotkanie po latach na krańcu świata :)

Dzisiaj jak na sobotę przystało - dzień targowy. Najpierw wybrałyśmy się na Glebe market. Na placu przed szkołą rozstawiono kilkadziesiąt stoisk, na których można było znaleźć przedmioty ręcznie robione oraz vintage, a także różne domowe smakołyki (oczywiście bio). Na targ poszłyśmy z moją kolejną koleżanką - Terką z Pragi, która przez semestr studiuje w Sydney antropologię i prowadzi badania do pracy magisterskiej. Z Glebe poszłyśmy na największy w Sydney targ rybny w dzielnicy Pyrmont, gdzie skusiłyśmy się na grillowane ośmiornice (mi bardzo smakowały, Mamie nie do końca przypadły do gustu ;)). Z Sydney Fish Market udałyśmy się do China Town i na kolejny targ - tym razem Paddy's Market (gdzie można kupić wszystko, co jest "autentycznie chińskie"). Kiedy kończyłyśmy zakupy zadzwoniła do mnie Cathy - Australijka, którą poznałam na festiwalu w Ostrawie (razem ze swoim mężem Andrew byli w Europie na tournée z zespołem, którego są menagerami). Kiedy usłyszała, że będę w Sydney powiedziała, że koniecznie musimy się spotkać. Tak też się stało. Cathy i Andrew zabrali nas do miejskiego klubu, będącego główną atrakcją Petersham, miejsca na przedmieściach Sydney, oddalonego od miasta o jakieś 6 kilometrów. Petersham Bowling and Recreation Club funkcjonuje od 1905 roku (przez dwadzieścia lat pod koniec ubiegłego stulecia był zamknięty, jednak od kilku lat przywrócono mu dawną sławę) i jest miejscem, w którym mieszkańcy dzielnicy spotykają się na piwo, pogaduchy, wspólne granie w bule i koncerty. Akurat trafiliśmy na występ jednego zespołu i czyjeś urodziny. Zostaliśmy poczęstowane urodzinowym ciastem i pysznym cidrem, a jedna ze znajomych Cathy zaproponowała, że chętnie oprowadzi nas po Manly (kolejne przedmieścia Sydney), jak wrócimy do miasta za dwa tygodnie.



Jak widzicie na zdjęciach, w Sydney jest dość pochmurno. W końcu jest tutaj zima, ale i tak z tego, co mówią Aussies, czyli Australijczycy, których poznaliśmy, jest to jedna z zimniejszych zim od dawna. Kiedy w czwartek rano wyszłyśmy z lotniska w lekkich spodniach i sandałach, poczułyśmy się trochę głupio patrząc na lokalsów w zimowych kozakach i grubych płaszczach, które świetnie sprawdziły by się w czasie polskiej, mroźnej zimy, kiedy temperatury są na minusie. Bo australijska zima to jakieś 15 stopni, lekki wiaterek, ale też piękne słońce i ponad 20 stopni (takiego słonecznego dnia doświadczyłyśmy wczoraj i z przyjemnością korzystałyśmy z tego leżąc na trawie i wpatrując się w Operę <3). Także najgorzej nie jest, a braki pogodowe rekompensują nam przemili Australijczycy, którzy są bardzo pozytywnie nastawieni do świata, otwarci i pomocni.

Sydney Fish Market 
Petersham Bowling and Recreation Club

Teraz czas na pakowanie, bo jutro ruszamy na południe. Samochodem planujemy dojechać do Melbourne, jednak mamy na to dziewięć dni, więc po drodze będziemy zatrzymywać się wszędzie tam gdzie nas oczy poniosą i nam się spodoba. Na ponad tydzień naszym domem będzie czterokołowy pojazd wyposażony w dwa materace do spania, mini-lodówkę i kuchenkę. Tato nie martw się, damy sobie radę! :)

538763923 widok na Operę w Sydney

Zachęcam do śledzenia moich profilów na Instagramie i na Fejsbuku, gdzie w miarę na bieżąco będę wrzucała australijskie widoczki :)

12 komentarzy:

  1. śliczne ujęcia Opery .... byłem tam na 'jesieni' w kwietniu i było jeszcze dużo cieplej .. a porannego biegu przez Harbour Bridge dalej do Opery i przez Ogrody Botaniczne nie zapomnę nigdy
    życzę Wam przepięknej podróży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poranny bieg w takiej scenerii brzmi całkiem przyjemnie!
      Dzięki Piotrze! Mam tylko nadzieję, że pogoda się polepszy :)

      Usuń
  2. Ale Ci zazdroszczę! Moje marzenie! Ale te 40 godzin lotu... Masakra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo... strasznie długo. Ale podobno droga powrotna szybciej mija :)

      Usuń
  3. W portugalskim Aveiro, gdy w styczniu nagle zawiało afrykańskim powietrzem i temperatura sięgnęła prawie 20 stopni, wyszłam w krótkich spodenkach i sandałach, natomiast lokalsów widziałam opatulonych od stóp do głów, a spojrzenia starszych pań ubranych w futra (!), były bezcenne;) Bawcie się!:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie gadałyśmy o tym z Mamą i wtedy uświadomiłam sobie, że tu nie jest AŻ TAK zimno jak w Aveiro, kiedy u Was byłam :) Czekam na te 20 stopni, żeby wskoczyć w moje krótkie spodenki. Słońce <3

      Usuń
  4. Świetny wpis - widać, że choć podróż była bardzo męcząca to jednak opłacało się. Fantastyczne zdjęcia i relacja z podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Często zaglądam na turystyczne blogi i widzę, że dużo osób teraz wyjeżdża do Australii :) Też bym chciała, zazdroszczę. Świetne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Latanie jest super! A co do zimy, to myślałam, że będzie "trochę" cieplej, wzięcie szortów zamiast długich spodni, to nie był dobry pomysł... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślałam i trochę się zawiodłam, nie powiem ;) Ale w Melbourne i tak jest ciut cieplej niż w Sydney. Wiosna idzie :)

      Usuń