Z wizytą we francuskim Senacie

8.11.16 Karolina 3Komentarzy


Październikowy poranek. Siedzę na uczelni, po zajęciach zauważam na Facebook'u nieodebrane połączenie od mojej mamy goszczącej z kaledońskiej Wyspy Choinek. Oddzwaniam, ale nie odbiera (jako że jest 10 godzin różnicy czasu, pewnie już dawno wróciła z pracy do domu, gdzie nie ma Internetu). Kilka dni później, znowu na Facebook'u, odzywa się do mnie siostra mojego taty goszczącego. Pisze, żebym koniecznie dała jej dokładne namiary na mnie (mejla, numer telefonu, adres...), bo Wielki Wódz z Ile des Pins jest w Paryżu i koniecznie chce się ze mną skontaktować. Podałam wszystkie dane, tym bardziej, że ciocia podkreśliła, że Wielki Wódz się na nią wkurzy, jeśli informacje będą niekompletne. A tego chciałyśmy uniknąć. Podałam wszystkie dane i czekałam... W międzyczasie skontaktowała się ze mną druga siostra mojego taty goszczącego, przesyłając podobną wiadomość, że mam skontaktować się z asystentką Wielkiego Wodza w Paryżu (bo Wielki Wódz jest jednocześnie Merem wyspy i jednym z dwóch kaledońskich Senatorów we francuskim Senacie). Kilka dni później otrzymałam mejla od asystentki i dowiedziałam się, że Senator chciałby się ze mną spotkać i przekazać mi paczkę...

Co jest w tajemniczej paczce? Zaczęłam się zastanawiać i przypomniało mi się ostatnie spotkanie z Wielkim Wodzem na Ile des Pins, końcem maja, przed moim powrotem do Polski.

Opuszczając Nową Kaledonię, razem z Sabriną (moją mamą goszczącą) i jej teściem, wybrałam się do Wielkiego Wodza Ile des Pins, aby wykonać pożegnalny gest zwyczajowy (o tym, czym jest zwyczaj, pisałam tutaj). Ubrana w tradycyjną robe de mission, z warkoczem zaplecionym na głowie, wyglądałam dość.... ciekawie. Kiedy Grand Chef zobaczył mnie w merostwie, zaśmiał się tylko i stwierdził: Bientôt Kanak, czyli że jeszcze chwila i stanę się Kanaczką...
Z ignamem w dniu Święta Ignama. W tradycyjnej robe de mission. Bez warkocza ;)

W geście zwyczajowym Wielkiemu Wodzowi podarowałam ignam (pochrzyn). Warzywo to ma olbrzymie znaczenie w kulturze Kanaków. Jest nie tylko przedmiotem wymian zwyczajowych, ale również reguluje życie Kanaków, bowiem czas społeczny biegnie równolegle do cyklu rozwoju tych warzyw (postaram się napisać na blogu coś więcej o ignamie i tradycjach z nim związanych).

Wielki Wódz za gest podziękował, jednak koniecznie chciał, żebym zabrała ignam ze sobą do Polski. Jako że w drodze powrotnej zatrzymywałam się na kilka dni u Kasi w Australii, warzywa zabrać ze sobą nie mogłam. Grand Chef stwierdził, że w takim razie dostarczy mi go do... Paryża. Jego obietnicę przyjęłam z uśmiechem, jednak szczerze mówiąc, to wątpiłam, że będzie mu się chciało tachać to wielkie warzywo do Europy (to tak, jakby pół jego walizki miał zająć worek kartofli....). Umówmy się, ale dyplomaci mają chyba inne zmartwienia, niż pamiętanie o tym, żeby jakiejś tam Polsce przywieźć ignama.

Dzisiaj przekonałam się, że Wielki Wódz nie rzuca słów na wiatr...

Kilka dni temu umówiłam się z asystentką Senatora, że dzisiaj w południe stawię się w Senacie. Ona mnie odbierze i zaprowadzi do restauracji, w której będzie czekał na mnie Wielki Wódz. Rano, przygotowując się do wyjścia, doszłam do wniosku, że nie mam odpowiedniej kreacji na wizytę w takim dostojnym miejscu. Jakoś w końcu udało mi się przyodziać, zapakowałam prezent, który przygotowałam dla Senatora i udałam się do Pałacu Luksemburskiego, w którym mieści się francuski Senat. Już raz miałam szansę odwiedzić to miejsce w czerwcu 2014, kiedy po raz pierwszy zostałam zaproszona na obiad przez Wielkiego Wodza. O jak ja się wtedy stresowałam! Co gorsza, stres wcale nie przeszedł po pierwszych minutach spotkania, jak to się zazwyczaj dzieje w takich niespotykanych sytuacjach. Restauracja Senatu jest miejscem tak onieśmielającym, że nie do końca wiedziałam, jak powinnam się zachować. Pamiętam, że dwa lata temu zamawiając posiłek zrezygnowałam z przystawki, bo... nie rozumiałam żadnej z trzech, czy czterech propozycji w menu! Tym razem postanowiłam, że przechytrzę system i sprawdzę menu senackiej restauracji w Internecie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po wejściu na stronę Restaurant du Sénat moim oczom ukazał się taki napis:

No tak, miejsce ekskluzywne, zarezerwowane dla Senatorów. I ich gości. Postanowiłam jednak, że nie dam się onieśmielić tak, jak dwa lata temu! W restauracji pojawiłam się przed Wielkim Wodzem. Jeden z kelnerów zaprowadził mnie do stolika w pięknej sali z wielkimi, złoconymi lustrami. Przy pozostałych stołach siedzieli już inni ludzie, żywo dyskutując, zapewne na polityczne tematy. Czekając na mojego Senatora znowu poczułam się lekko skrępowana. To miejsce, ci eleganccy ludzie, ilość sztućców na stole... No i karta dań, którą bałam się otworzyć. Wielki Wódz, spryciarz, przyszedł z karteczką, na której asystentka wypisała mu, co ma sobie zamówić. A ja znowu stanęłam przed trudnym wyborem, bo nazwy potraw były tak wyszukane, że nie do końca byłam pewna, co wyląduje na moim talerzu. Wybór był na prawdę duży, do tego całą stronę zajmowała lista win polecanych prze Senatorów. W końcu zdecydowałam się na krem z kasztanów z grzankami i plastrem pieczonego boczku oraz na wołowinę w sosie truflowym. Na deser wzięłam mille-feuille (czyli przekładaniec) z kremem waniliowym. Czerwone wino, kawa... Uczta dla mojego podniebienia. Z ciekawości poszukałam ile kosztuje obiad w tym przybytku i.... okazało się, że niewiele więcej niż w najtańszej restauracji nastawionej na turystów w Dzielnicy Łacińskiej. Wykwintny obiad w restauracji Senatu, to wydatek 16,45 euro (26,75 euro dla osób, które nie pracują w Senacie). Biorąc pod uwagę to, że Senatorzy zarabiają jakieś 7 000 euro... Nic tylko jeść!
Wnętrze sali, w której jedliśmy
Po obiedzie Senator zaprosił mnie do swojego biura, w którym przekazał mi wielkie warzywo. Moja kaledońska ciocia napisała mi: "Niesamowita historia z tym ignamem! To, że ignam przebył drogę z Nowej Kaledonii do Paryża w bagażu dyplomatycznym, zapisze się w historii. Uważaj na niego!" I tak! To jest niesamowite i wciąż z niedowierzaniem spoglądam na ważące dobre 5 kilo warzywo.

W Senacie spędziłam całe popołudnie. O 14h30 usłyszeliśmy dzwonek, niczym w szkole. Okazało się, że jest to wezwanie na obrady. Asystentka Senatora zapytała mnie, czy chciałabym przyjrzeć się takim obradom z bliska. Czy chciałabym? No jasne! Tym bardziej, że udział w debatach również możliwy jest tylko na zaproszenie Senatora. Po drodze do Sali obrad plenarnych Catherine udzieliła mi dokładnych instrukcji dotyczących tego, jak powinnam się zachowywać. A więc nie powinnam się zbyt dużo ruszać, absolutnie nie mogę machać do Wielkiego Wodza, nie mogę też klaskać, ani śmiać się z wygłaszanych przemówień (w przeciwieństwie do Senatorów, którzy robią głównie to). Mogę jednak.... smarkać. Ufff. Jestem zakatarzona już od dwóch tygodni, więc takie pozwolenie było zbawienne.
Sala obrad plenarnych
Źródło
Spędziłam godzinę przysłuchując się obradom. Dzisiaj na tapecie był projekt ustawy "Statut de Paris et aménagement métropolitain" (czyli "Status Paryża i zagospodarowanie metropolitalne"). Zgłoszono kilkadziesiąt poprawek, które były przegłosowywane. Bardzo podobała mi się dyskusja dotycząca mieszkań socjalnych dla niższych klas społecznych, ośrodków dla uchodźców, a także mieszkań dla studentów, a zwłaszcza kiedy jeden z socjalistów zaczął zarzucać republikanom, że "boją się nie tylko biednych, ale też młodych". Cóż, ciekawe stwierdzenie. Mi się wydaje, że wszyscy w tej sali zaczęli by się bać, gdyby nagle znaleźli się w XIX albo XX dzielnicy Paryża, albo gdyby musieli spędzić noc w mikroskopijnym chambre de bonne... No cóż, muszę przyznać, że wyglądają na trochę oderwanych od rzeczywistości.

Po obradach Catherine zabrała mnie na spacer po Senacie. Zanim Napoleon zadecydował, że budynek Pałacu Luksemburskiego będzie siedzibą Senatu, w pałacu mieszkała Maria Medycejska, małżonka Henryka IV. Wnętrza budynku są onieśmielające! Pomieszczenia wręcz ociekają złotem, a od kolorowych malunków można dostać oczopląsu. W jednej z sal, tuż przy wejściu do Sali obrad plenarnych, znajduje się fotel Napoleona.

Francuski Senat, podobnie jak parlament, nie istniał w ramach królewskich, absolutnych rządów ancien régime. Dopiero w 1799 wyższą izbę parlamentu, utworzonego w czasie rewolucji, nazwano Senatem. Obecnie w Senacie zasiada 348 Senatorów, którzy pełnią sześcioletnią kadencję.
Przepiękna biblioteka

W czasie przechadzki Catherine opowiadała mi o kulisach swojej pracy. Pokazała mi przepiękną bibliotekę, a także pomieszczenia, w których odbywają się oficjalne spotkania Senatorów z zaproszonymi przez nich gośćmi. Stwierdziła, że Wielki Wódz musi mieć do mnie duże zaufanie, skoro zaprosił mnie do swojego gabinetu, bowiem rzadko zdarza mu się wpuszczać swoich gościu za kulisy. W malutkim pokoiku była masa różnych dokumentów, wiele z nich jest pewnie poufnych... Kiedy tak spacerowałyśmy, Catherine co chwilę mówiła mi, że właśnie przeszedł obok nas taki a taki Minister (w ten sposób oddychałam tym samym powietrzem co Ministrowie Terytoriów Zamorskich, Edukacji, Pracy i Rolnictwa, a także Premier (!) Francji). Tyle wygrać! :D
Senacka poczta
Szatnia Senatorów

Jak widzicie za mną dzień pełen wrażeń. Coś mi się wydaje, że jeszcze kiedyś wrócę do Senatu (do restauracji na pewno :D)... Ciekawe, czy kolejna wizyta też będzie pełna wrażeń? :)

3 komentarze:

  1. Odważna jesteś, grając w ruletkę z restauracyjnym menu. Ja chyba bym powiedziała, że darzę Wielkiego Wodza wielkim zaufaniem i dlatego zamawiam... to samo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! No, w sumie mogłam tak zrobić! Nie wpadłam na to :D

      Usuń