Wpisy

Jak zmieniło się moje podróżowanie


Pamiętam czasy, gdy ruszałam w podróż z plecakiem, mając bilet w jedną stronę, nocowałam u obcych ludzi, korzystając z CouchSurfingu i zatrzymywałam każdy mijający samochód. Kochałam to! I wciąż kocham, ale moje podróżowanie w ostatnich latach przeszło sporą ewolucję. Więcej pracuję, więcej zarabiam, a czas stał się nowym luksusem. Oto, co się zmieniło w moim podejściu do podróżowania w ostatnich latach.


Nocleg: od CouchSurfingu do Home Exchange

Podróżowanie, korzystając z CouchSurfingu, to był rozdział sam w sobie. Wchodzisz do obcego domu, po chwili czujesz się jak u siebie. Rozmawiasz do późna, poznajesz miasto oczami lokalsów. Mój tata podsunął mi artykuł o CouchSurfingu, gdy byłam w gimnazjum. Pewnie nie był świadomy, jak to się skończy. Zarejestrowałam się na portalu mając 16 lat, kłamiąc, że jestem pełnoletnia. Pierwszy raz skorzystałam dwa miesiące po osiemnastych urodzinach – mieszkałam we Francji, na urodziny dostałam bilet na koncert Damiena Saeza w Nantes, miałam kasę na pociąg, nie miałam na nocleg. Znalazłam kanapę u pewnej Polki i tak się zaczęło. Mam za sobą kilkadziesiąt takich wymian międzykulturowych. Z CouchSurfingiem zwiedziłam pół świata, dosłownie. Korzystałam z niego w Paryżu, Mińsku, Londynie, w Malezji, Australii, Nowej Zelandii, na Reunionie i Seszelach. Miałam wtedy mocno ograniczony budżet i to właśnie CouchSurfing sprawił, że w ogóle mogłam pozwolić sobie na tyle wyjazdów. Poznałam dzięki niemu cudownych ludzi i – odpukać – nigdy nie przydarzyło mi się nic dziwnego, nawet kiedy byłam w podróży sama. Wciąż uwielbiam tę ideę, ale dziś, podróżując we dwójkę, wygodniej jest nam wynająć mieszkanie na Airbnb albo pokój w hotelu. Jeśli to możliwe, szukamy miejsc kameralnych, prowadzonych przez rodziny, z duszą.



Od trzech lat korzystam też z Home Exchange – portalu, który pozwala wymieniać domy z innymi podróżnikami z całego świata, niczym Amanda i Iris w filmie "Holiday". O wymianie domów usłyszałam po raz pierwszy od mojej rodziny goszczącej we Francji – brat mojej francuskiej "mamy" wymienił swój dom w Nicei na dom w Kanadzie. Byłam tym zafascynowana, choć wtedy nie miałam własnego mieszkania i temat odłożyłam na półkę. Wróciłam do niego końcem 2022 roku, gdy szukaliśmy noclegu na Sylwestra we Włoszech. Nie udało mi się nic znaleźć w ostatniej chwili, ale zagłębiłam się w portal i zmieniłam taktykę – zaczęłam szukać kogoś, kto mieszka tam, gdzie chcemy jechać, i jednocześnie chce przyjechać do Pragi. Po jednej wysłanej wiadomości znalazłam wymianę na wakacje w Prowansji.


Wymiana działa dwojako: 

  • możesz zaprosić kogoś do swojego domu (wtedy pobyt jest bezpłatny dla obu stron) 
  • albo wydać punkty na pobyt u kogoś, kto niekoniecznie chce wymiany dwustronnej. 


System punktowy daje elastyczność – nie musisz być w domu w tym samym czasie co Twoi goście.


Wiem, że największa bariera to zaufanie – zostawienie własnego mieszkania obcym i korzystanie z cudzego pod nieobecność właścicieli. Dlatego cenię to, że na Home Exchange można przejrzeć opinie o konkretnych osobach, obejrzeć zdjęcia mieszkań i przeczytać dokładne opisy. Portal pobiera roczną opłatę wynoszącą 175 euro, ale w zamian oferuje ochronę przed anulowaniem, kradzieżą i pokrycie szkód majątkowych. Ufam ludziom – ale nie bezgranicznie i ta świadomość zabezpieczenia bardzo pomaga. 


To świetna opcja dla tych, którzy chcą podróżować taniej bez rezygnowania z komfortu. Wakacje to idealny moment, żeby spróbować – jeśli chcesz, zarejestruj się z mojego linku (albo w czasie rejestracji wpisz ten kod: karolina-16688), a dostaniesz 250 punktów na start.


Przemieszczanie: autostop odchodzi na emeryturę (ale nie znika)

Łapałam stopa na wyspach Nowej Kaledonii, dotarłam autostopem na Korsykę, sama wróciłam kiedyś z Tallina do Warszawy. To były przygody, które ukształtowały mnie jako podróżniczkę. Ale dziś, gdy mam ograniczony czas i konkretny plan, wybieram wygodę.



Do wynajmu samochodów używam teraz DiscoverCars – serwisu, który w jednym miejscu agreguje oferty różnych wypożyczalni. Najbardziej cenię to, że mogę je spokojnie porównać – modele samochodów, ceny, warunki, lokalizację odbioru – zamiast przeklikiwać się przez kilka(naście) osobnych stron. Proces jest prosty i przejrzysty: wpisujesz daty i miejsce, dostajesz zestawienie opcji i wybierasz to, co pasuje. 


Zawsze wybieram pełne ubezpieczenie – wiem, że to dodatkowy koszt, ale dzięki temu mogę skupić się na podróży, a nie na stresowaniu się każdą ryską na zderzaku. DiscoverCars pozwala dodać je od razu przy rezerwacji, bez ukrytych dopłat na miejscu w wypożyczalni.



Jeśli natomiast połączenia kolejowe są sensowne – wybieram pociąg. Nie mamy samochodu i po Europie Środkowej poruszamy się głównie koleją: Cieszyn, Warszawa, Kraków, Wiedeń, Budapeszt, Berlin – do wszystkich tych miejsc możemy dotrzeć pociągiem z Pragi w kilka godzin. 


Ostatnio z Mikołajem wypróbowaliśmy European Sleeper – nocny pociąg z Pragi do Brukseli. Zarezerwowaliśmy cały przedział dla siebie – pełna prywatność, pościel w cenie, wygodnie jak w sypialni na kółkach. W promocji zapłaciliśmy 160 euro za dwójkę, czyli 80 euro od osoby. Biorąc pod uwagę, że nocleg mieliśmy wliczony w cenę biletu, to naprawdę dobra cena. Wsiadasz wieczorem w Pradze, zasypiasz, budzisz się w Brukseli. Żadnego lotniska, żadnego wstawania przed świtem, żadnego czekania na odprawę i martwienia się nadbagażem. To jeden z tych sposobów podróżowania, który sprawia, że sama droga staje się częścią przygody, a nie tylko koniecznością do przeczekania. European Sleeper kursuje też z Berlina do Paryża – i to połączenie mam już na liście rzeczy do przetestowania.




Mobilny internet: Airalo

Coś, co zmieniło moje podróżowanie technicznie, to karty eSIM od Airalo. Koncept jest prosty: pobieram aplikację, wybieram kartę na konkretny kraj lub region, kupuję i instaluję jako eSIM – wszystko z poziomu telefonu, bez wychodzenia z domu. Aktywuję kartę jeszcze przed wylotem i lądując na miejscu mam już internet. Żadnego szukania stoiska z kartami na lotnisku, żadnego wożenia drugiego telefonu, żadnego kombinowania z roamingiem.


Ceny są konkurencyjne – zdecydowanie warto porównać z tym, co oferuje Twój operator. Korzystałam z Airalo w Australii, na Tajwanie i w Wielkiej Brytanii i za każdym razem działało bez zarzutu.


Jedyna rzecz, którą warto sprawdzić przed zakupem: Twój telefon musi obsługiwać eSIM – większość nowych modeli już ma tę opcję, ale jeśli masz starszy sprzęt, upewnij się wcześniej.


Jeśli chcesz spróbować, możesz skorzystać z mojego kodu zniżkowego przy rejestracji – KAROLI9938 – dzięki temu otrzymamy po $3.00 w Airmoney do wykorzystania.


Jedzenie: z targu na talerz restauracji

Kiedyś, mając studencki budżet, liczyłam każdy grosz – lokalne produkty z targu, gotowanie na własną rękę, jedzenie na ulicy. Wciąż to uwielbiam, ale teraz równie chętnie odkrywam lokalne restauracje. Śniadanie zazwyczaj jadam w miejscu zakwaterowania – od 10 lat mam problemy z trawieniem i poranna owsianka to dla mnie rytuał, który sprawia, że dobrze zaczynam dzień. Ale reszta dnia to kulinarne odkrywanie. 


Przez lata wypracowałam swoje triki. 


Tam, gdzie jest opcja południowego menu – korzystam bez wahania. To najlepszy sposób, żeby zjeść w dobrej restauracji za połowę wieczornej ceny. Pytam też lokalesów i sprawdzam, co polecają zaufani twórcy – wolę to niż anonimowe recenzje w internecie. Korzystam też z Too Good To Go, czyli aplikacji, w której restauracje i kawiarnie dzielą się za symboliczną kwotę niesprzedanym jedzeniem w ostatniej chwili. Tanio, bez marnowania. 


Jeśli miałabym wskazać jedno miejsce, które kulinarnie nas olśniło, to jest nim Singapur. W czasie naszej jesiennej podróży odkryliśmy hawker centres – ogromne zadaszone targowiska z dziesiątkami stoisk, gdzie można zjeść lepiej niż w niejednej restauracji. I to za grosze. Spróbowaliśmy między innymi Salted Egg Chicken Rice i Ji Ji Noodle na stoiskach polecanych w przewodniku Michelin. Pamiętam smak tych potraw do dziś. Singapur to dla mnie kulinarny top of the top i jeśli masz okazję tam pojechać, daj znać, chętnie podzielę się naszymi polecajkami!



Pamiątki: jakość zamiast ilości

Zawsze przywoziłam coś z podróży. Kiedyś to było coś symbolicznego za kilka-kilkanaście złotych – bo budżet nie pozwalał na więcej. Dziś to są wciąż raczej symboliczne rzeczy, ale moje podejście się zmieniło. 


Nie interesują mnie plastikowe magnesy ani breloczki z napisem "Singapore" wyprodukowane gdzieś w Chinach. Wolę przywieźć coś, co ma historię i kontekst – coś, co faktycznie pochodzi z miejsca, które odwiedziłam, i co będę chciała mieć przy sobie za dziesięć–dwadzieścia lat. W Singapurze wydałam ponad 200 dolarów na książki i ani przez chwilę tego nie żałowałam. Przywiozłam między innymi Now You See Us – powieść singapurskiej autorki Balli Kaur Jaswal o filipińskich pracownicach domowych w Singapurze, która wciągnęła mnie bez reszty oraz Hard at Work: Life in Singapore – zbiór rozmów z sześćdziesięcioma Singapurczykami o pracy i życiu w tym kraju. Obie książki dały mi więcej zrozumienia dla tego miejsca niż niejeden przewodnik. 


Pamiątki to dla mnie teraz przedmioty z historią i kontekstem, a nie tylko dowód, że gdzieś byłam. To też powód, żeby wracać do podróży myślami jeszcze długo po powrocie.


Dziś podróżuję inaczej niż 10–15 lat temu. Mniej spontanicznie, za to bardziej świadomie. Jednak wciąż – tak samo mocno – nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu.

A jak zmieniło się Wasze podróżowanie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz