Cirque de Mafate - czyli Reunion od środka

26.2.13 Karolina 4Komentarzy

Wyspa Reunion, pochodzenia wulkanicznego, zaskakuje swoją różnorodnością - zarówno kulturową, jak i przyrodniczą. Głównym bogactwem reunionu są góry - we wnętrzu wyspy znajdziemy trzy Cyrki - Mafate, Salazie i Cilaos, które odcięte są wysokimi i stromymi górami od innych, znajdujących się na wybrzeżach, części wyspy. Cirques - Cyrk jest naturalnym zagłębieniem ze stromymi ścianami, w formie kolistej; cyrk może być pochodzenia polodowcowego lub wulkanicznego, tak jak na wyspie Reunion. W czasie naszego trzytygodniowego pobytu na Reunionie zdecydowałyśmy spenetrowac środek wyspy i wybrać się na kilkudniową wycieczkę do tego mniej cywilizowanego zakątku Reunionu. Podczas gdy Salazie i Cilaos są mniej odizolowane od reszty wyspy dzięki sieci drogowej, która łączy niektóre wioski w górach,  Mafate pozostaje w całkowitej izolacji od reszty świata, bowiem dostać można się tam jedynie na piechotę, pokonując wysokie szczyty górskie.

 

Jedzenie do schronisk i sklepików dostarczane jest helikopterami. W wioskach znajdują się małe szkoły, kościółki, sklepiki, tak aby mieszkańcy mogli zaspokoić przynajmniej podstawowe potrzeby.


Po powrocie z wycieczki, w czasie której zdobyłyśmy wulkan Piton de la Fournaise, zatrzymałyśmy się u Coline - CouchSurferki, która gościła już Basię i mnie w 2011 roku. Tym razem Coline zaproponowała, że możemy zostawić u niej nasze toboły przed wyruszeniem w góry. Nasz plan był taki: we wtorek rano wyjść w góry, z małym bagażem, namiotami i śpiworami, zapasem jedzenia, żeby zaoszczędzić pieniądze (noc w schronisku to koszt minimum 15€ plus od 10 do 25€ za posiłki (kolacja, śniadanie)). Z wulkanu wróciliśmy w poniedziałek wieczorem. Po prawie sześciogodzinnym marszu i długiej drodze powrotnej byłyśmy bardzo zmęczone, a na dodatek okazało się, że sąsiad Coline może nas zabrać na wieczorną walkę kogutów (która skończyła się o drugiej w nocy!). Grunt to elastyczność! Zdecydowałyśmy, że we wtorek odpoczniemy, zregenerujemy siły, zrobimy zakupy na wycieczkę i wyruszymy dopiero w środę rano.

Pasywne łapanie stopa. Równie efektywne... ;)
Wtorkowe nicnierobienie pozwoliło nam odpocząć, zrelaksować się siedząc na kanapie przed domkiem Coline, podziwiając spokojny ocean, a także spędzić czas z Coline i jej mężem Bolo, który pochodzi z Seszeli. Kiedy byłam u Coline we wrześniu 2011 roku, właśnie przygotowywała się do ślubu na Seszelach. Pamiętam jak podekscytowana pokazywała sukienkę ślubną, biżuterię, która Bolo zrobił specjalnie dla niej z muszelek. Teraz, po półtorej roku Bolo mieszka już z nią na Reunionie, a od kiedy się poznali Coline była dziewięć razy na Seszelach. Nie mogłyśmy z Marion lepiej trafić - spisałyśmy wszystkie porady Coline i Bola, zarezerwowałyśmy nocleg na Seszelach w hotelu poleconym przez Coline, dostałyśmy też przesyłkę dla rodziców Bola, którą miałyśmy im przekazać w czasie naszego pobytu na wyspie La Digue.

Gotujemy, pieczemy, szaleństwo!

W środę wstałyśmy o 6h rano, i razem z naszymi gospodarzami pojechaliśmy samochodem do Saint-Paul. Coline wysadziła nas przy rondzie. Z łatwością złapałyśmy stopa do Sans Soucis, gdzie zaczynał się szlak naszej wyprawy. Tym razem zabrał nas profesor prawa z uniwersytetu w Saint-Denis. Postanowił podwieźć nas pod sam szlak, chociaż wcale tam nie jechał. Szlakiem Canalisation des Orangers szłyśmy przez prawie pięć godzin. Ścieżka była szeroka, niemal płaska, osłonięta od słońca przez gałęzie. Górowała kilkaset metrów nad doliną rzeki Rivière des Galets.


W końcu po kilku godzinach przyjemnego marszu doszliśmy do Ilet des Orangers (na wysokości ok. 990 metrów n.p.m.). W małej wiosce były dwa schroniska, dwa sklepy, kościółek i kilka domów. Chciałyśmy na spokojnie sobie usiąść, ale jako, że zaczęło padać, sklep, który znalazłyśmy, nie wydał się nam najlepszym miejscem do odpoczynku. Postanowiłyśmy zejść do schroniska. Po dziesięciu minutach drogi pracujący w polu Kreole zapytali nas gdzie idziemy. Po tym, jak wskazali palcem, że schronisko znajduje się "tam, daleko, za tym szczytem" postanowiłyśmy wrócić pod sklep. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przed sklepem ujrzałam... Kevina.

Kevin - Francuz z Bretanii, który gościł Agnieszkę i mnie na Korsyce w sierpniu ubiegłego roku. Pracuje jako botanik na Île de Beauté, jednak w czasie studiów mieszkał na Reunionie. Kiedy przyjechałam w styczniu na Reunion wysłałam mu pozdrowienia. Odpisał, że to świetnie się składa, że tam jestem, bo on też się wybiera za kilka dni na Reunion. Cyklon i spóźnienie na przesiadką opóźniły przylot Kevina do Saint-Denis. Kiedy już wylądował skontaktowaliśmy się i powiedział, że chętnie pójdzie z nami w góry. Ciężko było nam się dogadać, bo Kevin nie miał ze sobą telefonu, wiedział jednak, że wyruszamy w środę rano z Saint-Paul do Sans Soucis, a potem w kierunku Ilet des Orangers. Kevin ruszył półtorej godziny po nas. Nie zdążył dogonić nas na szlaku, jednak udało nam się spotkać pod sklepem. Dowód na to, że świat jest mały :-)
Po chwili odpoczynku przy pysznym Dodo postanowiliśmy poszukać miejsca, w którym można by rozbić namioty.

"Camping. 6 euro par tante." Co oznacza: "Kemping. 6 euro za ciocię". tAnte - ciocia. tEnte - namiot. To za babcię ile w takim razie? :>

Zeszliśmy do kolejnej wioski - La Roche Plate (1 250 metrów n.p.m.), gdzie chcieliśmy znaleźć jakieś schronisko. W pierwszym okazało się, że miejsce kempingowe jest zaraz obok lądowiska dla helikopterów. Jako, że jeden helikopter miał przylecieć z samego rana, postanowiliśmy znaleźć jakieś ustronniejsze miejsce, żeby nas nie zwiało, kiedy będziemy słodko spali. Z łatwością znaleźliśmy drugie schronisko z polem (a raczej poletkiem) campingowym, w ustronnym miejscu (na którym nie lądują helikoptery). Za 8€ od namiotu mogliśmy rozłożyć się na terenie schroniska, a także korzystać z pryszniców, toalet i tarasu, na którym stały stoliki, przy których zjedliśmy kolację.


Poranki (zwłaszcza po niewygodnej nocy w mini namiocie) bywają trudne.


Złożyliśmy nasz dobytek, zjedliśmy śniadanie i... zaczęło lać! Po rozmowie z właścicielami schroniska doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu wchodzić głębiej w Cirque, bo pogoda ma się pogorszyć, szlaki mogą zostać zamknięte, a wtedy spanie w namiocie nie będzie możliwe, nie mówiąc o bezpiecznym powrocie do cywilizacji. Przeczekaliśmy największą ulewę, jednak na to, że przestanie padać, nie było co liczyć. Właścicielka schroniska dała nam worki na śmieci, z których przygotowaliśmy sobie ochronne ubrania i opakowaliśmy nasze plecaki. Jak trochę się przejaśniło postanowiliśmy rozpocząć wdrapywanie się na szczyt Maïdo (2 205 metrów n.p.m.). Pomimo deszczu było ciepło, ponad 25 stopni, było mi wszystko jedno, czy mam kurtkę, która wprawdzie chroni przed deszczem, ale sprawia, że topię się od środka, czy też nie mam kurtki, moknę, ale przynajmniej jak pojawia się na chwilę słońce, mogę wyschnąć (chociaż trochę ;)).


Wspinaliśmy się do góry, grając w różne gry, żeby czas szybciej minął, mijając po drodze zachęcające napisy na skałach (25%, 50%, 66%), aż w końcu ujrzeliśmy napis 100% i z radością rozłożyliśmy się, żeby chwilę odpocząć i dojeść to co nam zostało.


W październiku 2011 roku na Reunionie, właśnie w Cirque de Mafate, wybuchł pożar, który pochłonął dużą część tego pięknego Cyrku.


Z Maïdo zaczęliśmy schodzić na piechotę, jednak szybko udało nam się złapać stopa. Na trzy razy dojechaliśmy do La Saline-les-Hauts, gdzie zrobiliśmy zakupy na kolację, po czym chcieliśmy dostać się do Coline. Było już późno, po 18h30 i obawialiśmy się, że nic nie złapmiemy zanim zrobi się ciemno. Po półgodzinie oczekiwania w końcu zatrzymało się przemiłe małżeństwo Kreolów, którzy okazali się sąsiadami Coline. Dojechaliśmy, szczęśliwi, że w końcu odpoczniemy. W domu jednak nikogo nie było, a my nie mieliśmy klucza. Jako, że miałam problemy z telefonem, okazało się, że Coline nie dostała mojego smsa, że wracamy dzień wcześniej, niż przewidzieliśmy. Czekaliśmy na naszych gospodarzy do... 23h, jednak byliśmy tak zmęczeni, że siedzenie, rozmawianie, rozkoszowanie się pysznym Dodo było bardzo relaksujące... 

 
Jako, że z lenistwa nie zabrałam aparatu w góry, zdjęcia, które możecie zobaczyć w tym poście, są autorstwa Nat. :-)

4 komentarze:

  1. Widoki sa przeswietne. Tez czesto mam niezly ubaw z hostami z CS. Zawsze cos pichcimy razem, to juz taka tradycja. Zazdroszcze wsponaczki. Warto dla takich nieziemskich widokow!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CouchSurfing - connecting people :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Bardzo podoba mi się Twój blog, cieszę się, że tu trafiłam. Już wiem, że będę zaglądać regularnie, bo mam niezłej wielkości archiwum do przejrzenia! ;) Odkąd poznałam kilka lat temu we Francji dwie mieszkanki wyspy Réunion, które opowiedziały mi co nieco o swojej ojczyźnie, jestem nią zafascynowana. Ostatnio ten stan jeszcze się pogłębił, odkąd znajomi pokazali mi setki (a właściwie tysiące ;) ) zdjęć z podróży na wyspę. Super, że miałaś okazję tam być a ja chętnie sobie poczytam te wpisy- Réunion nigdy dość!

    Pozdrawiam ciepło,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, dzięki za miłe słowa :) Cieszę się, że Ci się tu, na blogu podoba i zapraszam do częstszych odwiedzin! :) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń