Zapiski z Nowej Kaledonii – kwiecień

27.4.17 Karolina 6Komentarzy


Co u Ciebie na Nowej Kaledonii? Pytacie, więc postanowiłam porządnie odpowiedzieć :) W ramach serii Zapiski, co miesiąc będę wrzucała podsumowanie minionych tygodni spędzonych na wyspach Południowego Pacyfiku. Czas na kwietniowe zapiski z Nowej Kaledonii, a w nich: o luksusach w podróży, spotkaniu z cyklonem i magii powrotów. Zapraszam do czytania!

Początek mojej podróży

Ciekawie zaczęło się robić już na lotnisku w Paryżu, kiedy przed wejściem na pokład okazało się, że na lot do Dubaju dostałam upgrade do klasy biznes. Latając całe życie w klasie ekonomicznej (a tych lotów uzbierało się już ponad 150; no dobra, jakieś 3/4 z nich tanimi liniami, w których klasa biznes nie istnieje), ciężko mi było sobie wyobrazić lot, w czasie którego mogę się przespać w pozycji leżącej, pić szampana i inne wymyślne drinki czy jeść posiłki na pięknej zastawie, a nie na plastikach. I chociaż było naprawdę przyjemnie, to wciąż nie wyobrażam sobie dopłacania kilkuset euro, żeby przez te kilka godzin doznać podniebnych luksusów. Niemniej, we wspaniałym nastroju doleciałam do Dubaju, gdzie wsiadłam do samolotu lecącego do Sydney (tym razem w klasie ekonomicznej niestety).

Przystanek Sydney!

Chociaż do Australii dotarłam wykończona (do zmęczenia podróżą doszła choroba, która dopadła mnie przed samym wylotem), w ramach walki z jet lagiem postanowiłam wybrać się na długi spacer po Sydney. Po przylocie, z lotniska udałam się do Zosi i Darka, którzy kilka miesięcy temu przeprowadzili się z Cieszyna do Australii. O swoich przygodach na Antypodach piszą na blogu Przedeptane.pl. Pogadaliśmy trochę o ich doświadczeniach, a kiedy doprowadziłam się do stanu używalności, ruszyłam w miasto. Nie miałam wielkich planów, o prostu chciałam nacieszyć się widokami i atmosferą tego miasta, które bardzo przypadło mi do gustu w czasie mojej pierwszej wizyty w Australii w 2014 roku (więcej o road tripie i australijskich przygodach przeczytacie tutaj). Z dzielnicy Campsie, w której mieszkają Zosia i Darek, pojechałam pod sydneyską Operę. Pospacerowałam po okolicy, a następnie statkiem popłynęłam na drugą stronę Harbour Bridge, gdzie odnalazłam Wendy’s Secret Garden, do którego trzy lata temu zaprowadziła mnie Terka – moja koleżanka z Pragi. Jest to miejsce magiczne, w którym można uciec od miejskiego zgiełku, zapominając, że jest się w samym centrum wielkiej metropolii. Pospacerowałam, ciesząc się pięknymi zapachami i widokami. W drodze powrotnej do Circular Quay znowu miałam szansę podziwiać Operę – ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi! Zosi i Darkowi oraz Sydnejowicom powiedziałam „do zobaczenia!”, bo spotkamy się ponownie w grudniu, przed moim powrotem do Polski.

Pierwszy tydzień na Nowej Kaledonii to spotkanie oko w oko z cyklonem!

Zaczęło się niewinnie, od podmuchu wiatru i zachmurzenia. Z każdym dniem pogoda była co raz gorsza. We wtorek, w dniu, w którym miał nadejść cyklon Cook, wiatr wiał z olbrzymią prędkością 150 km/h i tak lało, że woda wlewała się przez nie do końca szczelny dach do naszego domu. Po południu padła elektryczność, więc wieczór spędziliśmy przy świecach, słuchając radia.

- Tutaj Nouvelle-Calédonie 1ère! 268, zapraszamy do dzwonienia na 268. Dobry wieczór, z kim mamy przyjemność?
- Dobry wieczór, jestem Nouka.
- Nouka, powiedz nam, skąd dzwonisz?
- Z Yahoué.
- Alors, jaka sytuacja w Yahoué?
- Nooo, pada, są silne porywy wiatru, no i nie ma elektryczności.
- Aaa, no tak. Czyli nie możesz oglądać telewizji?
- No nie mogę. Ani grać w PS4.
- Ah bon, czyli dlatego do nas dzwonisz, bo ci się nudzi?
- No tak.
- A w co grasz...?

I w ten właśnie sposób toczyła się ta i inne rozmowy w kaledońskim radio. Na koniec słuchacze jeszcze oczywiście pozdrawiali rodzinę i znajomych, życząc wszystkim bon courage pour le cyclone! Wszyscy mieszkańcy archipelagu sprawnie działali, żeby jak najlepiej przygotować się na spotkanie z cyklonem. W szkoły, w halach sportowych czy domach kultury stworzono schronienia dla osób, które nie miały możliwości przebywać w bezpiecznym miejscu tego wieczoru. Nikt nie wiedział z jaką siłą uderzy cyklon. Biorąc pod uwagę to, że poprzednio siła cyklonu Erica została zlekceważona, tym razem Kaledończycy byli przygotowani na najgorsze. 

Cyklon Cook przeszedł późnym wieczorem we wtorek. Kiedy przebudziłam się w środku nocy, było już po wszystkim. Nagle zapanowała onieśmielająca cisza. 

Ze względu na cyklon, byłam przez kilka dni przyblokowana w Numei. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu mogłam na spokojnie dojść do siebie po długiej podróży, odespać jet lag i przede wszystkim wyzdrowieć. Jak już poczułam się lepiej, zaczęłam załatwiać róże organizacyjne sprawy, uświadamiając sobie, że Nowa Kaledonia to wciąż Francja i do okrutnej francuskiej biurokracji trzeba dorzucić wyspiarskie tempo i życie według lokalnego czasu zgodnego z l'heure kanak.

Magia powrotów

Kwiecień to także czas powrotów. Do Numei, w której trzy lata temu stawiałam moje pierwsze kaledońskie kroki, na Ile des Pins, na której rozpoczęła się moja etnologiczna przygoda, która trwa do dziś, no i do Bourail – wioski na Grande Terre, w której zaczęłam badania terenowe w zeszłym roku, nie znając kompletnie nikogo. Po trzech latach od pierwszego pobytu na tym drugim krańcu świata wracam tu z wielką przyjemnością. Już nie obawiam się tego, co zastanę na miejscu, tego, że nikogo nie znam, albo że jestem tu zupełnie sama. Mam wspaniałe rodziny goszczące i znajomych, na których mogę liczyć. Chociaż od mojego ostatniego pobytu na wyspach minęło dziesięć miesięcy, jest mi niezwykle miło, kiedy ludzie, z którymi widziałam się raz, czasem dwa, na wywiad, albo po prostu w czasie jakiejś uroczystości czy spotkania, pamiętają mnie i wiedzą skąd i w jakim celu przyjechałam na Nową Kaledonię. I często myślę sobie, że moim jedynym celem nie jest tylko zebranie materiału badawczego do pracy doktorskiej. Moim celem jest przede wszystkim spędzenie wspaniałych ośmiu miesięcy z niezwykłymi ludźmi, w szczególnym miejscu, w którym mogę się wiele nauczyć...

P.S. 
Do końca maja mam ograniczony dostęp do Internetu, w związku z czym posty na blogu będą pojawiały się raczej sporadycznie. Zachęcam Was do śledzenia @ethnopassion na Instagramie, gdzie staram się wrzucać zdjęcia i relacje! :)

6 komentarzy:

  1. Witam Karolino jestem Rafał we wrześniu wylatujemy na (NK) do pracy nie wakacje jakie jest podejście mieszkańców do obcokrajowców? Na Reunion byłem z dziesięć razy i nigdy nie było problemu (polecam)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Rafał!
      Podejście mieszkańców Kaledonii do obcokrajowców zależy od tego, jak się ci obcokrajowcy zachowują. Jeśli zachowanie jest pełne szacunku, zrozumienia, a także pozytywnie rozumianej ciekawości wobec spotykanych osób i miejsc, w których się znajdujemy, nie powinno być problemów :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Dzięki za odpowiedź. A więc nie ma problemu dopytuje ponieważ nasz szef (FRANCUZ) opowiadał że nawet Francuskie firmy mają wielkie problemy żeby się dostać na tamtejszy rynek i po wygraniu konkursu miejscowi mieli nawet się odgrazac. Nasza ekipa nie może się doczekać nowego kierunku po (Reunion,Martynice,Guadelupie) wszystkie wyspy godne polecenia .Na pewno jeszcze się odezwę mam jeszcze kilka pytań również od chłopaków BON WEEKEND

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, Nowa Kaledonia była francuską kolonią, a dziś, ze względu na post/neo/zwał jak zwał -kolonialną politykę i rzeczywistość, wielu Francuzów przyjeżdża tutaj jak do siebie, do Francji, zapominając, że zanim Francuzi skolonizowali archipelag, żyli tutaj Melanezyjczycy.... Relacje między Francuzami z metropolii, a społecznością lokalną są bardzo skomplikowane i od dwóch stron zależy, czy te kontakty obędą się bez konfliktów. Stąd obawy Twojego szefa.
      Jakbyście mieli pytania, to piszcie na mejla: ethnopassion@gmail.com

      Usuń
  3. Mieszkańcy Kaledonii są bardzo sympatyczni i przyjacielscy :) Super podróż!

    OdpowiedzUsuń