Wpisy

Etnolog w terenie: Niecodzienna codzienność


Chociaż codzienność etnologa w terenie czasami bywa dość monotonna, zdarzają się dni takie jak ten, kiedy z zaplanowanego spotkania rodzi się świetne doświadczenie. I wtedy mogę być pewna, że zapamiętam ten dzień długo…

W połowie czerwca dostałam wiadomość od znajomej zajmującej się przyjmowaniem statków wycieczkowych (cruise ships) na Ile des Pins. Wiadomość – przekładając na polski – brzmiała mniej więcej tak:

„dd karolina, 29 czerwca 2017 mm t nr pas ale t dur i dwa pas? Pro piln dzięki. S”

Pamiętam, kiedy na początku wymiany we Francji zaczęłam dostawać tego typu smsy od francuskich znajomych. Francuzi słyną z umiłowania do skracania wiadomości i jak widać udzieliło się to również Kaledończykom. Chwilę zajęło mi rozszyfrowanie tajemniczego smsa i domyślenie się, że znajoma prosi mnie o datę urodzenia i datę ważności paszportu, a te wszystkie dane potrzebne jej są dlatego, że 29 czerwca jest możliwa wizyta na statku wycieczkowym. Przesłałam co należy, trzy razy upewniłam się, że chodzi o czwartek 29 czerwca i kupiłam bilety na samolot. W sumie ponad pół roku spędzone na Kaledonii nauczyło mnie, że lepiej upewnić się kilka razy – nawet jeśli może to się wydawać męczące – niż potem być niemile zaskoczonym, że to jednak nie ten dzień, albo nie ta godzina. Chociaż umówiona godzina to wciąż pojęcie względne…

Mając już powoli dość ciągłego przemieszczania się między Ile des Pins, Bourail i Numeą, chciałam tym razem, lecąc na wyspę, zostać tam na dłużej. Rezerwując bilety postanowiłam więc zatrzymać się na Ile des Pins trzy tygodnie.

W środę wieczór, po małych perturbacjach przed odlotem (dotarłam na lotnisko 20 minut przed wylotem samolotu!), udało mi się dotrzeć na Ile des Pins. W czwartek rano stawiłam się w Kuto, gdzie dopływają statki wycieczkowe. Te wielkie, pływające miasta docierają do brzegów Ile des Pins sto razy w roku i od ponad trzydziestu lat stanowią ważną gałąź lokalnej gospodarki. Statki wycieczkowe na swoim pokładzie mieszczą nawet 4000 pasażerów, czyli dwa razy więcej osób niż liczba mieszkańców Ile des Pins.


Turyści, zaopatrzeni w aparaty fotograficzne, docierają na tę rajską wyspę małymi szalupami. Na pierwszych 200 wysiadających czeka komitet powitalny złożony z plemiennego zespołu, a także kobiety umieszczające na głowach turystów korony wykonane z liści palmy kokosowej. Następnie przyjezdni mogą wybierać z wachlarza ofert proponowanych przez mieszkańców. Wycieczka autobusem dookoła Ile des Pins, piknik na jednej z okolicznych bezludnych wysepek albo po prostu odpoczynek na plaży w zatokach Kuto i Kanumera – przez kilka godzin spędzonych na Ile des Pins turyści raczej się nie nudzą. Przed odpłynięciem zaliczą jeszcze mały szoping, zaopatrując się w pamiątki made in China (praktycznie NIC ze sprzedawanych przedmiotów nie jest produkowane lokalnie) i zdobędą pieczątkę w paszporcie, na potwierdzenie wizyty na tej melanezyjskiej wyspie. Wczesnym popołudniem większość wycieczkowiczów powraca na statek, a życie mieszkańców wraca do normalnego rytmu.


Jako że zarówno w pracy magisterskiej, jak i w doktoracie poświęcam sporo miejsca zagadnieniom związanym z rozwojem turystyki rejsowej na Nowej Kaledonii, już od dawna chciałam zwiedzić taki pływający potwór.

Rano okazało się, że grupa zwiedzających, do których dołączę, to radni z wyspiarskiego merostwa pod przewodnictwem samego Wielkiego Wodza-Mera-Senatora (mojego dobrego znajomego z francuskiego Senatu ;)). Co więcej, okazało się, że statek, który mieliśmy zwiedzić – Pacific Explorer – dopłynął tego dnia do wyspy po raz pierwszy, w związku z czym przewidziana została ceremonia zwyczajowa.

Jak już pisałam w pierwszym artykule z serii 1# Ciekawostki z Oceanii: Kastom, czyli zwyczaj, wykonywanie gestu zwyczajowego stanowi nierozerwalną część codziennego życia na wyspach archipelagu. Gest wykonuje się z okazji przyjazdu albo wyjazdu, z okazji odwiedzin w plemieniu, albo w kaledońskiej rodzinie, odwiedzając miejsca szczególne, takie jak jaskinie, wysepki, wodospady, które leżą na terenie należącym do plemion. Dlatego też tego dnia Kapitan statku Roger Bilton wraz ze swoją załogą zszedł na ląd, żeby wykonać gest zwyczajowy.


Ceremonia zaplanowana była na 11h30, jednak (oczywiście) wszystko się opóźniło o ponad pół godziny. Kiedy w końcu wszyscy zebrali się w okolicy pomostu, do którego dopływają szalupy, członkowie plemienia Gadji wykonali taniec plemienny na powitanie Kapitana i jego towarzyszy. W rytmie wygrywanych przez grajków dźwięków Kapitan podszedł do Wielkiego Wodza i z pomocą dyrektora agencji morskiej z Numei wykonał gest. Okazało się, że nie jest to jego pierwsza wizyta na Ile des Pins, bowiem w 2014 roku – kiedy świętowano 30-lecie przyjmowania statków wycieczkowych – to właśnie jego statek dopłynął do wyspy dniu obchodów. Po odebraniu upominków, Wielki Wódz również wykonał gest, witając Kapitana i nowy statek.


Po wymianie prezentów, wszyscy stanęli do pamiątkowej fotografii. Chciałam zrobić zdjęcie całej ekipie, ale kiedy ustawiałam się koło etatowego fotografa pracującego na statku, Wielki Wódz powiedział, że mam koniecznie stanąć do zdjęcia razem z nimi. Grzecznie go podsłuchałam, przechodząc do tylnego rzędu. Nagle zobaczyłam, że Wielki Wódz się rozgląda i mówi: „Gdzie jest Karolina?”, odezwałam się więc z mojego miejsca, a on kazał mi przejść do pierwszego rzędu... Wciąż nie udało mi się zdobyć pamiątkowego zdjęcie z Kapitanem, Wielkim Wodzem, załogą statku i radnymi, ale mam nadzieję, że w końcu uda mi się do niego dotrzeć!

Po dopełnieniu kilku formalności wszyscy udaliśmy się na statek. W planie było zwiedzanie i obiad, jednak ze względu na duży poślizg, nie zostało nam czasu na to pierwsze. Po dopłynięciu szalupą do tego miasta na wodzie przeszliśmy prosto do restauracji.

Wnętrze statku wyglądało naprawdę imponująco!!! W czasie obiadu (miałam szansę siedzieć przy stole z samym Kapitanem, no i oczywiście z Wielkim Wodzem) Kapitan opowiadał nam o swojej pracy, a także o tym, dlaczego dzisiaj muszą wypłynąć z Ile des Pins wcześniej, niż zazwyczaj. Wszystko dlatego, że powinni dotrzeć na czas do Sydney, gdzie czeka ich chrzest statku. Kapitan był załamany, że Pacific Explorer otrzyma imię Dory Poznającej Świat oraz Boba Gąbki. Biorąc pod uwagę to, że poprzedni statek, którym pływał Kapitan Bilton, za patronkę miał Księżną Middleton, jestem w stanie zrozumieć jego frustrację ;)


Po pysznym obiedzie niestety musieliśmy wracać na wyspę. Wielki Wódz nie był z tego faktu zadowolony, bo liczył na możliwość zwiedzenia statku. Chociaż Kapitan zaprosił go na pokład w kolejnym tygodniu, kiedy Pacific Explorer ponownie dopłynie do Ile des Pins, Wielki Wódz stwierdził, że nie będzie się dwa razy przemieszczał. Niestety załoga była nieugięta i w pośpiechu ruszyliśmy do szalupy.

Odpływając w stronę wyspy jeszcze bardziej uświadomiłam sobie, jak wielki jest taki statek wycieczkowy. Równie duże wrażenie zrobiła na mnie Ile des Pins widziana z takiej perspektywy…


Uwielbiam dni takie, jak ten. Jeszcze bardziej cieszę się wtedy z tego, jaką mam pracę, gdzie prowadzę badania i jak ciekawym tematem się zajmuję. Bo za kulisami tego przemysłu turystycznego dzieje się jeszcze więcej niż na scenie turystycznych doświadczeń, o czym pisałam już kiedyś w artykule Raju przeklęty.

Przypominam o pozostałych artykułach z cyklu Etnolog w ternie:

👀  Etnolog w terenie: Wdzięczność

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza